Sesja miała dwa oblicza. Dobre otwarcie wymuszone trochę świetną sesją w USA, a potem powtórkę choćby ze środy, gdy rynek osuwał się w ślad za całym regionem, analogicznie nie zważając na umacniające się w regionie waluty, które według wcześniejszych schematów były z reguły dla giełdowych byków sygnałem kupna. Po części to właśnie waluta jest jednym z powodów zmniejszenia bazy tylko wczoraj aż o 9 pkt, do wartości - 4 pkt.

Spekulanci mają świadomość, że zagranica po prostu na razie nie handluje, co wcale nie znaczy, że umocnienie złotego zignoruje. Gdy przycichną polityczne spory i minie nas fala amerykańskich danych makro, możliwe, że spekulacyjny kapitał znowu zawita na chwilę na rynki naszego regionu. Do chwilowego optymizmu zachęca zresztą także środowe zachowanie indeksów w USA, które w przypadku S&P500 wychodząc nad szczyty (linię szyi) kwietniowej konsolidacji (ruchu powrotnego) zanegowały sygnały sprzedaży, wynikające z formacji głowy z ramionami, ukształtowanej od listopada do kwietnia. Hossy to absolutnie nie wróży, ale przynajmniej oddala widmo dalszej gwałtownej przeceny.

Czyżby z bardzo słabego rynku nagle zrobiło się tak optymistycznie? Tego nie powiedziałem. W zeszłym tygodniu ewentualność gwałtownego ataku popytu od największych funduszy była wykluczona. Ale w tym tygodniu już bym tego tak nie ujął, szczególnie gdyby dzisiejsze dane z rynku pracy pociągnęły w górę amerykańskie indeksy i dalej umocniły złotego. Optymista zauważyłby pewnie jeszcze, że do odreagowania analogicznego do zachodnich parkietów, patrząc w perspektywie ostatnich kilku tygodni, brakuje nam teraz jakieś 50 pkt. Pesymista doda jednak, że to, niestety, przypadłość wszystkich rynków wschodzących w naszym regionie i ciężko będzie GPW wyróżniać się w tym towarzystwie.