Ostatni wzrost na rynku akcji w dużej mierze podyktowany był umocnieniem się (po CPI w USA) walut regionu. Te walutowe ruchy dalej determinować będą zachowanie giełdowych indeksów. Warto więc na chwilę wrócić do wczorajszego komentarza w PARKIECIE, w którym W. Białek zwracał uwagę na zagrożenie dla aktywów złotowych ze strony funduszy hedgingowych uciekających z krótkich pozycji w dolarze. Gdyby faktycznie sprowadzić problem tych funduszy tylko do rynku walutowego, to najprostszym wyjściem z tej pułapki byłoby szybkie przypomnienie rynkom finansowym o amerykańskich deficytach.

Dość niezauważenie w ostatnich kwartałach dokonała się drastyczna zmiana źródeł ich finansowania. Japonia i Chiny, które były największym odbiorcą amerykańskiego zadłużenia, od początku 2005 roku nie kupiły w USA żadnych "nowych" papierów skarbowych! Amerykańskie uzależnienie ktoś musi zaspokoić i tę pozycję zajęły banki i fundusze z... Karaibów. Od początku roku zakupiły papiery za ponad 65 mld dol.!!! Bardzo wyraźnie wzrosło też znaczenie Londynu (+22 mld dol.). Kolejne kraje w tej klasyfikacji mają ułamkowe udziały. Oczywiste jest, że mowa tu właśnie o funduszach hedgingowowych (choć i są spiskowe teorie dziejów, że to sami Amerykanie kupują swoje papiery, by nie dopuścić do załamania po odcięciu azjatyckiego kapitału). Jeśli problem funduszy leży w umocnieniu dolara, to wystarczy po prostu ten strumień gotówki skierować w inną stronę.

Tylko wtedy pozostają trudne pytania. Po pierwsze, gdzie inwestować? A po drugie, przy odwróceniu się od rynku długu w USA należy zapytać o skalę nieuchronnych strat na rynku akcji. Oczywiście dla rynków wschodzących ten dylemat to różnica taka, jak między dżumą (osłabienie lokalnych walut) a cholerą (przecena rynku akcji w USA).