Mam ostatnio poważny kłopot. Generalnie z pesymizmem spoglądam na nasze drogie (w znaczeniu: pożerające wielkie pieniądze) państwo i jego przyszłość. Z politykami, z których połowa pochodzi z czasów PRL, a połowa reszty PRL-em jest zarażona i nie da się ich uleczyć, z nieprawdopodobną chciwością kasty urzędniczo-prawniczej, z rozpasaną większością wyborców, którzy chcą tylko brać, najlepiej z państwowej kasy - trudno być optymistą. Ale żeby taki zatwardziały pesymista jak ja co rusz wychodził na nieuleczalnego naiwniaka, to już gruba przesada.

W końcu cyrk, jaki zafundował nam prezydent coraz mniejszej części Polaków, Aleksander Kwaśniewski, nie przyjmując dymisji rządu Marka Belki, bije na głowę i degrengoladę rządu Leszka Millera, i groteskę, jaką serwował nam cztery lata temu gabinet wiecznie uśmiechniętego Jerzego Buzka. Minister spraw wewnętrznych, który opowiada, że nie poda się do dymisji, jeśli informacje prasowe nie będą prawdziwe, a potem, tego samego dnia odchodzi ze stanowiska, twierdząc, że jego decyzja nie ma związku z doniesieniami prasy, jest ewenementem w skali światowej. Być może jednak Ryszard Kalisz po prostu dowiedział się właśnie o tym, co naprawdę dzieje się w policji i innych podległych mu służbach i postanowił uciec czem prędzej. Na dodatek postawił premiera w mało komfortowej sytuacji. W końcu bowiem M. Belka podał się do dymisji, ale dymisji nie przyjęto. Jeśli teraz nie zaakceptuje rezygnacji ministra, który chce odejść, zacznie być oskarżany o wielką złośliwość.

Z kolei minister finansów po raz drugi składa propozycje podwyżek stawek akcyzy na paliwa opałowe. Premier wcześniej żądał od resortu, aby opracował system osłonowy dla gospodarstw domowych i instytucji, dla których zmiana podatku będzie oznaczała drastyczną podwyżkę kosztów ogrzewania. Ale w dokumentach MF o takiej ochronie w ogóle nie ma mowy. Najwyraźniej Mirosław Gronicki bardzo uważnie śledził, jak premier Marek Belka traktuje swoje zaplecze polityczne i teraz on z kolei zaczął ignorować pryncypała.

Pomysłem na chory system służby zdrowia, w którym bardziej się opłaca zabijać pacjentów niż ich leczyć (bo przecież u nas pieniędzy nie dostaje się za WYLECZENIE, ale za LECZENIE), mają być wyjazdy zagraniczne. Już sobie wyobrażam, jak się u nas rozwija nowa, prężna gałąź gospodarki - turystyka medyczna. Reklamy, zapowiadające leczenie kamieni nerkowych w Paryżu połączone ze zwiedzaniem wieży Eiffla albo operacje prostaty w okolicach berlińskiej Bramy Brandenburskiej. Przy takim wizjonerstwie aż wstyd zadawać pytanie, kto za to ma zapłacić. Bo przecież nie minister Marek Balicki. Swoją drogą, aż dziw, że minister zdrowia sam nie ogłosił tej wspaniałej propozycji - mógłby przecież zdobyć z jeden procent poparcia dla swojej partii. W końcu mamy sporo idiotów, którzy chcieliby się leczyć za granicą i nie umieją zrozumieć, że sami za to zapłacą. Ale pewnie nie zrobił tego, ponieważ nie byłby w stanie tymże idiotom wytłumaczyć, że nie jest członkiem Partii Demokratycznej, tylko SdPl, aczkolwiek zawieszonym.

Ten cyrk potrwa. Nie jestem jednak ciekaw, co jeszcze się wydarzy, tylko jak długo będziemy to oglądać. Mam bowiem nadzieję, że nowi gracze, jacy się pojawią w Sejmie po wyborach, będą choć trochę bardziej rozgarnięci niż ich poprzednicy z ostatnich 8 lat. Boję się jednak, że znowu okażę się naiwniakiem.