Jeśli spojrzeć na wykresy po wczorajszej sesji, to można odnieść wrażenie, że sesja była przełomowa. Kontrakty, które ślizgały się cały tydzień po linii trendu spadkowego, w końcu wyraźnie się od niej odbiły i zrobiły nowy szczyt. Indeks wprawdzie z tygodniowym opóźnieniem, ale także wykonał analogiczny ruch. Wszystko na obrotach wyraźnie wyższych od trzech ostatnich sesji. Brzmi pęknie.
Każdy jednak zdaje sobie sprawę, że wczorajszy ruch możliwy był głównie dlatego, że odbywał się na "świątecznej" sesji i tradycyjnie już podaż jest wtedy nieobecna. Wszelkie impulsy często bywają w takie dni zbyt przesadnie przekładane na kursy. Fundusze działają wtedy jak mała spółdzielnia, bo wiadomo przecież, że nikt rynku nie zasypie akcjami. Do tego doszedł fakt, że bezkarność wobec zachodnich parkietów rozciąga się też na poniedziałek (Memorial Day w USA). Niby powinienem w tym miejscu wspomnieć o jakichś bardziej medialnych powodach wzrostu, takich jak przejęcia w sektorze bankowym. Ale starsi inwestorzy wiedzą, że przy takich nastrojach wzrost byłby pewnie taki sam i bez tej wiadomości. Tyle tylko, że byłyby to pewnie koszyki zleceń na koniec sesji.
W poniedziałek zaczynamy zupełnie oddzielny rozdział giełdowej historii. Zaczniemy od reakcji na francuskie referendum, a skończymy w piątek raportem z amerykańskiego rynku pracy. W kwestii tego pierwszego zwróciłbym uwagę, że ewentualne francuskie "TAK" w bardzo krótkim terminie pomoże złotemu i giełdom w naszym regionie. Ale po tej lampce szampana przyjść powinien mocny kac, gdyż problem poparcia konstytucji w drugiej połowie roku dopadłby wtedy Polskę, co w połączeniu z trwającą wówczas podwójną kampanią wyborczą, przeceni złotego i GPW znacznie mocniej, niż nawet zdecydowane "NON" już w najbliższą niedzielę.