Próby oszacowania realnego rocznego tempa wzrostu PKB, czynione na podstawie miesięcznych danych na temat produkcji przemysłowej, budowlano-montażowej, sprzedaży detalicznej, wyników handlu zagranicznego oraz budżetu rządu, prowadzą do wniosku, że w kwietniu PKB był realnie niższy (nieznacznie) niż rok wcześniej. Coś takiego nie zdarzyło się od kilkunastu lat. Oczywiście, kwiecień był miesiącem, w którym "efekt bazy" miał osiągnąć swe apogeum. Kolejne miesiące II kwartału przyniosą odbicie rocznego tempa wzrostu, ale jest wątpliwe, czy będzie ono na tyle silne, by całkowicie zniwelować wpływ słabego kwietnia.
Ciągle niższa od 50 pkt wartość majowego PMI dla przemysłu sugerowała tempo wzrostu PKB nie przekraczające 3%, a niska dynamika złotowych cen wybranych surowców była spójna z dynamiką PKB rzędu 2-2,5% w maju i pierwszej połowie czerwca. W tym kontekście majowy wynik budżetu był tak "dobry" (jeśli 4 mld zł niedoboru może być dobrym wynikiem), że aż podejrzany. Prawie 25-proc. roczna dynamika dochodów budżetu przy tak niskim tempie wzrostu i inflacji jest czymś mocno zaskakującym (w marcu i kwietniu była ujemna). Ale nawet to (i przesunięcie części wydatków) wystarczył jedynie do ustabilizowania 12-miesiecznego deficytu na poziomie 44,5 mld zł. Ta ostatnia liczba jest o całe 9,5 mld wyższa niż zaplanowany na ten rok - kończący się już za 7 miesięcy - deficyt budżetowy.
W ostatnich latach wielkość deficytu z tempem wzrostu gospodarczego łączyła - w dużym uproszczeniu - zasada: zmiana tempa wzrostu PKB o 1 pkt proc. = zmiana wielkości 12-miesięcznego deficytu o 5 mld zł. Ubiegły rok zakończył się "planowym niedoborem" w wysokości 40 mld zł (ponad 10 mld USD nowego długu obciążającego obecne i przyszłe pokolenia w ciągu jednego roku!!!). Wydaje się, że jedynie przyspieszenie tempa wzrostu do 5% w IV kwartale tego roku pozwoliłoby zamknąć rok planowanym deficytem (bez nadużywania sztuczek księgowych i przesuwania wydatków na 2006 r.). Tak szybkie przełamanie spowolnienia - które wywołałoby kolejną falę hossy na rynku akcji i silny wzrost rentowności obligacji - jest jednak mało realne.