Na ostatniej stronie czwartkowego PARKIETU znalazł się interesujący tekst autorstwa ekonomisty banku BNP Paribas Michała Dybuły, w którym postawionych - i dobrze zilustrowanych, co się naszym ekonomistom nie tak często zdarza - zostało kilka spójnych tez o potencjalnie dużym znaczeniu dla krajowych rynków. Jedną nich była sugestia, że bardzo dobre dane GUS na temat rocznej dynamiki produkcji budowlano-montażowej w maju (+21,5% r/r, w porównaniu do zaledwie +0,9% dla przemysłu) oznaczają, że inwestycje po wpadce z I kw. już teraz mogą stawać się głównym motorem wzrostu. Równie znaczącą co w maju przewagę budownictwa nad przemysłem po raz ostatni obserwować można było w latach 1997-1998, czyli w okresie poprzedniego "boomu" inwestycyjnego (nakłady brutto na środki trwałe rosły wtedy rocznie po 20%).

Dla inwestorów na rynku akcji może to mieć potencjalnie duże znaczenie, gdyż - w mej ocenie - liczne małe i bardzo małe spółki budowlano-montażowe są obecnie jedynym miejscem na GPW, gdzie znaleźć można potencjalną dużą wartość. Potencjalną, bo uzależnioną właśnie od dynamiki popytu na usługi budowlano-montażowe, która od 2000 do połowy 2004 roku była cały czas ujemna. W ostatnich latach w podobnej sytuacji znajdowały się cykliczne spółki przemysłowe najpierw zdewastowane deflacyjnymi tendencjami z lat 1997-2002, a następnie gwałtownie zrewaluowane w 2003 roku, gdy globalne środowisko zmieniło swój charakter na inflacyjny. Rok później podobna rewaluacja dotknęła te NFI. By zrozumieć tę analogię, wystarczy porównać wieloletnie wykresy dynamiki produkcji budowlanej i kursów akcji różnych E-(XXX)-montaży, Mostostali i innych tego typu zapomnianych przez Boga i inwestorów instytucjonalnych spółek. Wiele znajduje się ciągle jeszcze na granicy bankructwa (albo nawet poza tą granicą), lecz ewentualna trwała zmiana zewnętrznych warunków, w których firmy te funkcjonują, powinna w ciągu 1-2 lat całkowicie zmienić ich postrzeganie na rynku, czyniąc realnym powrót cen ich akcji do poziomów z drugiej połowy lat 90.