Obserwując zmianę wcześniejszego trendu i wahania wzajemnych relacji dolara i euro, nie sposób nie myśleć o tym, że najgorzej na całej tej wolcie trendów wyjdziemy my. Dlaczego? Złoty od dłuższego czasu i tak już zdaje się być "pompowany" kapitałem portfelowym, zaczynającą się grą "pod konwergencję" i sprzyjającym aprecjacji dysparytetem stóp procentowych (co ważne - przy niskiej inflacji). Tymczasem, gdyby osłabianie euro wobec dolara postępowało nadal, rynek otrzymałby kolejny "motyw" do gry na wzmocnienie naszej waluty. W pewnym momencie przestanie to być zupełnie zabawne, gdyż za całym zjawiskiem kryć się będą nie tyle fundamenty, co technika i transakcje spekulacyjne...
Wielu firmom, zwłaszcza eksporterom, owa ewentualna złudna moc złotego może naprawdę utrudnić życie. A rynki, gdy uznają, że dość nabawiły się walutą znad Wisły, wykonać mogą kolejną woltę i zmienić obiekt adoracji. Spowodować to może kolejne zamieszanie, np. w postaci gwałtownych zmian kursu, tym razem - spadku wartości.
Scenariusz ewentualnej nadmiernej i nie związanej z faktycznymi fundamentami aprecjacji złotego był rozważany w gronie analityków i dealerów na spotkaniu z przedstawicielami banku centralnego kilka tygodni temu. A pojawił się przy dyskusji o postulatach szybkiego wejścia do systemu ERM II jako ratunku przed harcami ze złotym (i jego gwałtownym, i powodowanym czynnikami niefundamentalnymi, dalszym wzmocnieniem), które mogą nam grozić w wypadku odsuwania decyzji o wejściu do ERM II. Siła i stabilność waluty jest wartością pozytywną, jeśli siła owa wsparta jest solidnymi przesłankami fundamentalnymi. Jeśli o kursie decyduje zaś głównie ruchliwy i kapryśny kapitał portfelowy, to na horyzoncie mogą pojawić się bardzo niedobre dla firm i gospodarki turbulencje.
Ale wróćmy do niepokojącego mnie scenariusza, ściśle związanego z dalszym rozwojem trendu na euro-dolarze. Ewentualne podtrzymanie układu: "coraz mocniejszy dolar - coraz słabsze euro" przyniósłby korzyści tylko nielicznym, np. eksporterom surowców (vide: więcej złotych za wyceniane w dolarach miedź czy węgiel), pod warunkiem jednakże, że owych profitów nie zjadłyby koszty zabezpieczenia walutowego. Myśląc realistycznie, z punktu widzenia interesów naszych firm (zwłaszcza eksporterów), ewentualne umacnianie dolara i osłabianie euro nie byłoby jednak korzystne. Przez efekt krzyżowy - przenoszenie efektów trendu na notowania złotego wobec głównych walut, osłabiałoby bowiem konkurencyjność eksportu, rozliczanego głównie w euro. Niemal automatycznie poprawiłoby za to pozycję importu z Unii, co stwarzałoby dodatkową presję na nasze firmy. Te musiałyby obniżać marże i szukać zbytu w kraju, co przy ograniczonym popycie mogłoby prowadzić do dalszego zwiększania zapasów (co taką czkawką odbiło się w minionym półroczu). Żeby było jeszcze śmieszniej, drogi dolar to więcej złotych za importowaną ropę naftową. Suma tych czynników mogłaby sprawić, że po jakimś czasie zaczęlibyśmy przeklinać eurodolarowy trend.
Na szczęście dla nas, trend wcale nie jest jednoznaczny. Mimo kolejnych kwartałów znacznego wzrostu gospodarczego, stan amerykańskich finansów publicznych pozostaje przecież kiepski (deficyty, długi). Na razie o umacnianiu dolara decydowały więc nie tyle fundamenty, co zmieniające kierunek strumienie pieniądza i wspomniane coraz wyższe stopy procentowe w USA. Ale kiedyś rynki mogą "przypomnieć" sobie o fundamentalnych problemach amerykańskich finansów publicznych i walutowe koło zacznie znów kręcić się w przeciwną stronę - euro wzmocni się, dolar osłabnie. Sęk w tym, że przecież trudno mówić o fundamentalnych przesłankach umacniania waluty europejskiej. Zablokowane "nawisem" socjalnym gospodarki kuleją, praca jest droga, a kluczowe państwa zadłużone po uszy. Tymczasem jednak przepływy są górą. Cash is king. Zresztą taki czasem nieracjonalny jest rynek walutowy. Zwłaszcza gdy cashu na rynku jest dużo, to można spodziewać się wszystkiego. I to pomimo iż zdrowy rozsądek podpowiadałby czasem zupełnie odwrotne do rynkowych scenariusze.