Po gwałtownym wzroście notowań, który wstrząsnął rynkiem naftowym, ceny ropy spadły poniżej rekordowego poziomu osiągniętego w końcu zeszłego i na początku bieżącego tygodnia. W Nowym Jorku za baryłkę tego surowca płacono w piątek aż 67,10 USD, a w Londynie gatunek Brent kosztował w poniedziałek przejściowo 66,85 USD.

Bezpośrednią przyczyną nagłej zwyżki notowań były najnowsze prognozy świadczące o zbyt małej podaży paliw płynnych. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej, światowe zużycie ropy wzrośnie w 2005 r. o 2%, tj. 1,6 mln baryłek do 83,7 mln baryłek dziennie. Tymczasem dostawy tego surowca mogą zmaleć o około 200 tys. baryłek dziennie.

Niepokój nasiliła ocena przedstawiona przez Citigroup, zgodnie z którą wolne moce wydobywcze spadły do 2% globalnego zapotrzebowania z 5% w minionym dziesięcioleciu i nie ma szans na ich odbudowę przez najbliższe trzy do czterech lat. Dodatkowe powody do obaw dała niedostateczna produkcja benzyny w USA.

Jednak od poniedziałku ceny ropy zaczęły się stabilizować, a następnie spadać. Pojawiły się bowiem informacje o zwiększonych dostawach paliw przez amerykańskie rafinerie, a opublikowane w środę dane Departamentu Energetyki USA wykazały przez trzeci tydzień z rzędu wzrost rezerw ropy.

W Londynie gatunek Brent z dostawą w październiku kosztował wczoraj po południu 64,50 USD za baryłkę w porównaniu z 65,41 USD w końcu sesji wtorkowej i 63,99 USD w poprzednią środę.