Prawie cały skrócony tydzień na GPW był z gatunku tych pasjonujących, czyli takich, w czasie których największe fundusze powiedziały "pas" i wysłały zarządzających na tradycyjne sierpniowe wakacje. Nie dotyczy to tylko wtorkowych notowań, które poprzedziły raporty spółek i na których maklerzy musieli nadrabiać zaległości z poniedziałkowego święta. Ale po tym trzęsieniu ziemi było zupełnie odwrotnie niż u Hitchocka - z każdym dniem coraz spokojniej i nudniej. Seria trzech sesji z tak niskim obrotem (WIG20) wystąpiła dopiero w okresie świąt Bożego Narodzenia. Trudno więc w takich okolicznościach mówić o jakiejś słabości rynku. Zwycięstwo w postaci dopisanych niedźwiedziom punktów niby smakuje zawsze tak samo, ale nic z tego nie wynika i więcej w takim zachowaniu rynku było przypadku niż początku kształtowania się nowej tendencji. O tej przekonać mógłby dopiero wyraźny skok obrotów, wskazujący na powrót Londynu do gry.
Skoro wspominam o gloryfikowanym (słusznie) przez wszystkich Londynie, to warto po raz kolejny zwrócić uwagę na polskie tzw. indeksy nastroju. Jednym z nich jest Wigometr, który od początku traktuję co najmniej z przymrużeniem oka, a prognozowanie poziomu indeksu na konkretny dzień i godzinę uważam za niezbyt dobrze odzwierciedlające rynkowe nastroje. Mimo to sam czasami sięgam po to narzędzie, choć tylko w przypadku ekstremalnych notowań lub gwałtownych zmian. Znacznie skuteczniejszym narzędziem jest (był) subindeks Pengabu - saldo prognozy popytu na akcje. Niemniej jednak należy zauważyć, że przy takiej hegemonii zagranicznych funduszy opieranie giełdowych prognoz tylko(!) na opiniach krajowych instytucji/analityków/zarządzających niewiele się różni od wróżenia z fusów, co także potwierdził zaskakujący kontarian ostatni Wigometr.