Od dawna zapowiadałem, że dręczący nas marazm ma szansę skończyć się najwcześniej od tego poniedziałku, gdy na rynek po "urlopach" wrócą zachodni inwestorzy przygotowujący się do RPP (-25 pb. przy takim popycie krajowym - PKB), PGNiG oraz wyborów. Oczywiście, samo to nie przesądzało jeszcze kierunku (wzrost), więc nie wspominam tego bynajmniej dla analitycznego "miałem rację". Chodzi jedynie o fakt, że ożywienie rynku właśnie teraz raz jeszcze potwierdza, że pełną kontrolę nad GPW sprawują wciąż zagraniczne fundusze.
Rodzimi gracze przez ostatnie dwa tygodnie musieli troszczyć się jedynie o to, by odstawienie kroplówki zachodniego kapitału nie przeceniło rynku zbyt mocno. Nie było to trudne w takim otoczeniu. Rynki regionu zalewane są świeżym kapitałem i GPW praktycznie jest bez wyjścia. Węgierski BUX już w zeszłym tygodniu wyszedł nad szczyty z połowy sierpnia, a wczoraj poprawił rekordy hossy. O rajdzie czeskiego PX50 nawet nie wspominam. Należy więc raz jeszcze zauważyć, że GPW jest podporządkowana koniunkturze na rynkach regionu i to nie huragan w USA powinien być teraz w centrum zainteresowania.
Zresztą gdyby zamknąć oczy na inne rynki, to zachowanie GPW samo w sobie było bycze. Obroty mieliśmy największe od połowy sierpnia, a przy tym duża wartość transakcji na kluczowych spółkach wyraźnie wskazywała na zaangażowanie największych funduszy. Plusem jest też fakt, że zaczęliśmy sesję luką hossy, która pozostała nie zakryta. Późniejszy spokojny (nie euforyczny) spory wzrost został utrzymany do samego końca, bez żadnej korekty, co też zawsze potwierdza siłę rynku. Wszystko to zapowiada, że jeśli wczorajsza końcówka sesji w USA (po FOMC Minutes) nie skończyła się byczym dramatem, to dziś indeksy w Warszawie będą walczyć o nowe szczyty hossy.