Czwartkowa sesja na Wall Street rozpoczęła się od delikatnego wzrostu głównych indeksów. Jednak zapoczątkowana w środę korekta skończyła się już kilkanaście minut po otwarciu, do czego przyczyniły się opublikowane w czwartek słabsze od prognoz dane makro z USA.

Ostatnie spadki na S&P500 doprowadziły do wygenerowania licznych sygnałów sprzedaży. Indeks szerokiego rynku przełamał m.in. dwuletnią linię hossy, wybił się dołem z rocznego klina zwyżkującego oraz utworzył, nie zrealizowaną jeszcze do końca, formację podwójnego szczytu z linią szyi na 1205,1 pkt. To wszystko były silne sygnały, potwierdzone przez sygnały sprzedaży na wykresie tygodniowym S&P500.

Przy tak poważnych wskazówkach ich zanegowanie wydaje się mało realne. Stąd też nie można wykluczać, że amerykański rynek, ale również i światowe rynki akcji, na początku października rozpoczęły bessę. Zważywszy na rosnące w USA stopy procentowe, jest to dość realny scenariusz. Obecnie coraz częściej w komentarzach analityków i ekonomistów pojawiają się sugestie, że Fed nie zatrzyma procesu zaostrzania polityki monetarnej na poziomie 4%, ale gdzieś w okolicach 5%. Sugestie te uwiarygodnia silnie rosnąca rentowność amerykańskich obligacji. Jednak ewentualne osiągnięcie poziomu 5% wcale nie musi oznaczać końca podwyżek. Kluczem do inflacji bowiem jest cena ropy. Od dziewięciu miesięcy ten rynek jest w korekcie, która przybrała formę flagi. Jeżeli założyć, że formacja ta pojawiła się w połowie impulsu wzrostowego, to w I kw. przyszłego roku baryłka ropy może już kosztować ponad 80 dolarów. A to musi odbić się negatywnie zarówno na inflacji, a co za tym idzie doprowadzić do wzrostu stóp procentowych.

Wracając do indeksu S&P500, najbliższe dni powinny upłynąć pod znakiem korekty. Najbliższym silnym oporem jest strefa 1205-1210 pkt. Kolejny opór znajduje się na 1229 pkt. W perspektywie najbliższych tygodni spadki powinny być kontynuowane. Test dołka z 20 kwietnia br. (1137,50 pkt.) wydaje się minimum, jakiego można oczekiwać po niedźwiedziach.