Miało być tak miło i przyjemnie, a robi się żałośnie.
Jeszcze przed wyborami PO tak bardzo lubiło PiS. Panowie Jan - nie wiem czemu zniknęło drugie jego imię - Rokita i Jarosław Kaczyński czulili się do siebie i wydawało się, że związek zostanie bardzo szybko zawarty i będzie płodny. Nikt się nie przejmował tym, że panem Rokitą z tylnego siedzenia będzie kierował szef PO Donald Tusk. Być może to nikomu nie przeszkadzało, być może zaś nikt nie zauważył, że tekę premiera ma objąć osoba, która nie jest szefem partii. Nie było słychać płaczu i rozdzierania szat z powodu istotnej nierównowagi na szczytach państwa - w końcu i premier, i prezydent mieli być z PO. Miało być tak łatwo i przyjemnie, że panowie z PO zapomnieli nawet napisać program gospodarczy. Wszystkie doskonałe projekty poupychali w szufladach, a na mieście trąbili o tym, że będzie 3 razy 15%.
Pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy wybory parlamentarne wygrał PiS. Drugi - gdy kandydatem na premiera został Kazimierz Marcinkiewicz, a nie Jarosław Kaczyński. Nagle okazało się, że pierwszy jest nieznany, a drugi będzie nim sterował z tylnego siedzenia.
Ale naprawdę zazgrzytało, gdy wyborcy większość głosów oddali na Lecha Kaczyńskiego, a nie na Donalda Tuska. Jakoś nie słychać w PO pytań, jak to możliwe, że kilkuprocentową przewagę udało się zamienić na jeszcze większą stratę. Dlaczego nie udało się pozyskać wyborców innych kandydatów? Za to huczy w partii i na zewnątrz, że skoro tamci wygrali piaskownicę, to my zbieramy zabawki i idziemy pod płot. Że skoro tamci wygrali, to muszą nam dać więcej, abyśmy nasz program mogli zrealizować (sic! ten sam, co dalej leży w szufladach). I mówią to osoby z ugrupowania, które wcześniej twierdziło, że wygrana partia powinna utworzyć rząd autorski, koalicjant powinien go popierać także w tych rozwiązaniach, które mu się nie podobają (tak mówił Rokita o podatkach).
Tymczasem PiS zapowiada przecież obniżki podatków. Rozumiem, że ktoś pokochał czystą miłością formułę 3 razy 15, ale 18 i 32 czy 28 to nadal jest mniej niż obecnie - zwłaszcza przy wysokim progu. Na dodatek Kazimierz Marcinkiewicz wcale nie wyklucza redukcji VAT. 30-miliardowy deficyt też jest mniejszy niż obecnie. Co prawda, do 30 mld należy doliczyć 12 mld zł na dotacje do OFE (co i tak się robi), ale z drugiej strony ma to być deficyt skonsolidowany, zawierający m.in. niedobory ZUS itd. Jak się uda, wtedy czapki z głów. Ekonomiści mówią, że to się nie bilansuje i pewnie mają rację, ale przynajmniej wiadomo, co się nie bilansuje. Komuś mogą się nie podobać ulgi na dzieci czy program budownictwa mieszkaniowego. Mnie się nie podoba w nich to, że PiS chce ograniczać jedno do grup o niskich dochodach, drugie - do nowo powstających budynków. Z punktu widzenia rodziców, każde dziecko kosztuje, a dla ludzi bez domu stare mieszkanie jest równie dobre jak nowe. Ale OK, skoro to się nie podoba, trzeba o tym powiedzieć. I jasno stwierdzić, że koalicji nie będzie z powodu mieszkań albo ulg na dzieci.