Chyba ciężko byłoby mi rozstać się z pracą na rynkach finansowych. Uzależniłem się. Nie tylko od adrenaliny związanej z braniem pozycji, uzależniłem się od niuansów strategii inwestycyjnych czy też kulisów psychologii rynku. Od ciągłych zmian, stabilizacji i dynamiki. Do tego stopnia przyzwyczaiłem się do moich czterech ekranów, że praca na jednym w domu wydaje się bardzo niekomfortowa.
O rynkach mogę mówić w nieskończoność. Tym razem to będzie mała dygresja o magii znaków. To bardzo ciekawe. Ale oprócz klasyki, czyli modeli inwestycyjnych, teorii Dowa, fal Elliotta, zniesień "Fibo", średnich, oscylatorów i innych "profesjonalnych" narzędzi, każdy inwestor wypracował swój szereg znaków, zależności (często zupełnie nie związanych z finansami, nie dających się skwantyfikować), które decydowały o jego sukcesie lub inaczej, o jego przetrwaniu na rynku. W zasadzie każdy model jest dobry, dopóki zarabia pieniądze. Chodzi o to, żeby jak najwcześniej zauważyć zależność i wykorzystać znaki, a gdy się magia kończy, odstąpić od strategii.
Wypunktowałem kilka idei - zależności, które wykorzystuję w mojej pracy analityka rynków, tudzież inwestora-hobbysty. Prawdopodobnie różne środowiska inwestorów wypracowały swoje własne znaki. Ciekaw jestem, na co patrzą inni.
1) Idea negatywnego wskaźnika. Podobno najlepszy analityk to taki, który albo zawsze trafia, albo zawsze jest w błędzie. Pamiętam, że kiedyś prognozy pewnego ekonomisty o rynku walutowym były w 100% różne od rzeczywistości. To działało tak dobrze, że autentycznie zacząłem doważać modelowy rozkład prawdopodobieństwa zachowania kursów od jego wypowiedzi. (Na marginesie, kiedyś sam byłem inspiracją dla innych jako negatywny wskaźnik.)
2) Wskaźnik pozycji. Mam wielu znajomych, którzy zajmują się profesjonalnie rynkami finansowymi. Część z nich odnosi bardzo duże sukcesy. Mają mój szacunek. Wiem jedno, gdy wszyscy mamy takie samo zdanie, zwykle się ono nie sprawdza. Znany rekin giełdowy Mirosław Saj określa to mianem "zbyt oczywistego scenariusza".