Amerykańscy inwestorzy otrzymali porcję pozytywnych informacji gospodarczych. Jedną z nich jest największy od maja ub.r. miesięczny wzrost produkcji przemysłowej w październiku (0,9%). Ponadto ostatnie dane pokazały, że mimo lepszej koniunktury osłabła presja inflacyjna. W ubiegłym miesiącu roczny wzrost cen wyniósł co prawda wciąż sporo - 4,3%, ale było to wyraźnie mniej niż we wrześniu. Pomogła w tym obniżka notowań ropy naftowej.
To jeszcze nie przełom
Spory miesięczny wzrost produkcji to dobra wiadomość, ale czy można mówić o przełomie? Jeśli spojrzeć na wykres zmian produkcji w ujęciu rok do roku, to sytuacja przestaje wyglądać tak optymistycznie. Jak widać, od połowy ub.r. wciąż trwa trend spadkowy rocznej dynamiki produkcji. Październikowy wzrost o 1,9% wypada blado w porównaniu z ponad 4% w styczniu.
To, w jaki sposób aktywność gospodarcza przekłada się na poziom notowań akcji, zobaczyć można nakładając na wykres rocznego tempa produkcji roczne zmiany indeksu S&P 500. Jak widać, obie te wielkości są ze sobą silnie powiązane. Szybkiemu wzrostowi dynamiki produkcji zapoczątkowanemu w połowie 2003 r. towarzyszyła równie silna hossa na rynku akcji. Punktem zwrotnym był I kwartał 2004 r. Dynamika produkcji co prawda wciąż szła w górę, ale tempo zwyżki S&P 500 zaczęło maleć, wyprzedzając o kilka miesięcy analogiczny zwrot w gospodarce.
W tym kontekście zupełnie nie dziwi ślamazarne tempo indeksów w ostatnich kilkunastu miesiącach. Obecny wzrost gospodarczy za oceanem jest wystarczającym powodem, by S&P 500 pokonał sierpniowy szczyt. Równocześnie jednak wzrost ten jest niedostateczny, by pokonanie tegorocznego maksimum stało się samo w sobie impulsem do długotrwałej zwyżki indeksu, podobnej do tej z 2003 r.