Raj spekulantów! - tak najkrócej można byłoby określić miniony tydzień na warszawskiej giełdzie. Widoczny "gołym" okiem brak inwestorów zagranicznych najwyraźniej zdenerwował naszych inwestorów. Wielki marazm na rynku został więc spodziewanie zakłócony wzrostami mniejszych spółek. W myśl powiedzenia "pieniądze nie lubią próżni" krajowy kapitał spekulacyjny pokazał, jak w krótkim czasie zbić fortunę nie angażując wielkich środków. Przy olbrzymich niekiedy jednotygodniowych stopach wzrostu, ostatnie dwuletnie wzrosty spółek z WIG20 wydają się małą igraszką.
Ciągła zmiana liderów wzrostu może przyprawić o zawrót głowy. Inwestorzy prześcigają się w pomysłach na nowych faworytów wzrostów i zdecydowanie nie przeszkadza im, że dana spółka ma słabe wyniki finansowe czy też nawet ujemne kapitały własne. Powiem więcej, wygląda na to, że im gorsza kondycja spółki, tym lepiej dla nich. Ten "owczy pęd" za szybkim zyskiem musi skończyć się fatalnie i z pewnością, szczególnie dla niewytrawnych graczy, skończy się katastrofą finansową. Oderwane od jakichkolwiek fundamentów wzrosty słabych kondycyjnie spółek są nienaturalne i tylko jest kwestią czasu, jak ich ceny wrócą do punktu wyjścia.
O ile nie dziwię się, że spekulanci szukają szybkich zarobków, gdyż od początków istnienia giełdy było to naturalne, o tyle nie mogę zrozumieć postępowania ministra skarbu. "Bombardowanie" rynku istotnymi informacjami o nacjonalizacji PGNiG, czy chociażby próby nacisku na zarządy Lotosu i PKN-u, by zmniejszyły swoje marże podczas sesji giełdowej, ma istotny wpływ na kursy akcji. Czy to nie jest aby manipulacja? Pomijam "zabawę" Ministerstwa Finansów podatkiem giełdowym.
Wracając do giełdy, to słabość rynku jest wielka. Bez zagranicy możemy tylko marzyć o "rajdzie Świętego Mikołaja". Rozumiem, że jesteśmy słabsi od giełd zagranicznych czy giełdy amerykańskiej, ale słabsi od Budapesztu.... Ostatnie wzrosty spekulacyjnych spółek oznaczają kłopoty dla posiadaczy akcji. Pytanie jest tylko jedno: czy wykonanie "wyroku" zostanie zawieszone na grudzień?