Reklama

Gdzie ten popyt?

Publikacja: 06.12.2005 07:55

Ostatnie dane o wynikach finansowych przedsiębiorstw (w pierwszych trzech kwartałach br.) zatrudniających powyżej 50 osób były dość dobre. Ponadto nie różniły się znacząco od tego, co widzieliśmy wcześniej (wyniki netto w pierwszych trzech kwartałach to odpowiednio 11 mld, 14 mld i 15 mld zł). Nie należy jednak liczyć na lepszy rezultat niż w 2004 r., kiedy wynik finansowy netto tych firm wyniósł ok. 60 mld zł.

Problem polega na tym, że wyniki operacyjne spółek nie do końca korespondują z tym, co wynika z rachunków narodowych, a konkretnie z pozycji "konsumpcja prywatna". Owszem, zyski nie biorą się jedynie z popytu wewnętrznego, o czym dobitnie świadczy rosnąca sprzedaż eksportowa, ale to właśnie popyt wewnętrzny jest kategorią decydującą. Konsumpcja prywatna bowiem to niemal dwie trzecie nominalnego PKB. Inwestycje to kolejna jedna piąta, podczas gdy eksport to mniej niż 40% (suma przekracza 100%, ponieważ w rachunkach narodowych import liczony jest ze znakiem minus).

Tutaj natrafiamy jednak na dwa problemy. Po pierwsze, nie jest do końca jasne, w jakim stopniu utrzymujący się na wysokim poziomie eksport wynika z rzeczywistego popytu zagranicznego, a w jakim z braku popytu krajowego. Po drugie, chociaż rosnąca produktywność (w październiku w przemyśle było to ponad 5% r/r) rekompensuje polskim eksporterom wpływ silniejszego złotego, to jednak umacniająca się waluta nie może pozostać bez wpływu na zyski tych przedsiębiorstw.

Skąd zatem poprawiające się wyniki? Wydaje się, że przynajmniej części wytłumaczenia można się doszukać we wzroście cen. Bez zbytniego upraszczania można przyjąć, że korelacja między rentownością przedsiębiorstw a konsumpcją prywatną powinna być znacząca. I rzeczywiście, pierwsza połowa 2004 r. to olbrzymi wzrost rentowności sprzedaży (ROS wzrósł z 0,5% w drugiej połowie 2003 r. do 5,2% w pierwszej połowie 2004 r., przy konsumpcji prywatnej na poziomach odpowiednio 3,6 i 4,1%). Z drugiej strony, przez ponad dwa lata (od początku 2003 r.), inflacja na poziomie producentów była wyższa od tej, którą GUS liczy dla nas wszystkich. Co to znaczy? Znaczy to tyle, że koszty rosły szybciej niż przychody, a więc siłą rzeczy marże (o których ostatnio dużo się przecież mówi) były ustawicznie wyciskane. Jednak jak już wyżej zaznaczyłem, wyniki przedsiębiorstw znacząco rosły, co sugeruje, że wpływ (hamowanego kosztami) czynnika popytowego jest o wiele ważniejszy.

Teraz zanosi się na to, że szoki cenowe związane z przystąpieniem do UE ustąpiły, więc można zastanowić się nad przyszłością mechanizmu przerzucania kosztów na klientów. Sprawa ta powinna mieć bardzo istotny (jeśli nie decydujący) wpływ na wycenę przedsiębiorstw. Trzeba bowiem pamiętać, że jeden z najbardziej podstawowych wskaźników wykorzystywanych przez inwestorów, czyli cena/zysk, to, poza zwykłym wynikiem podzielenia przez siebie tych dwóch wartości, nic innego jak odwrotność realnej oczekiwanej stopy zwrotu powiększonej o inflację skorygowaną o tzw. współczynnik przerzucalności inflacji (ang. inflation flow-through rate, IFTR). Zatem wyższa inflacja o tyle przekłada się na wyższe przychody, o ile firmy są w stanie obarczyć nią swoich klientów. Pomińmy tutaj odwieczne problemy związane z obliczaniem realnej oczekiwanej stopy zwrotu. Ale biorąc pod uwagę prognozowany wzrost konsumpcji w ciągu najbliższych kilku lat (niższe bezrobocie przy wyższych płacach, transfery unijne, waloryzacja rent i emerytur, a także rosnące w dwucyfrowym tempie kredyty dla gospodarstw domowych) można się spodziewać, że przychody przedsiębiorstw będą rosły o co najmniej kilka procent rocznie. Co prawda, część z tych czynników (np. wynagrodzenia) ma bezpośrednie przełożenie także na koszty firm, ale wydaje się, że poprawiająca się sytuacja na rynku pracy sprawi, że Polacy staną się bardziej skorzy do konsumpcji.

Reklama
Reklama

Innymi słowy, przychody mają szansę rosnąć w szybszym tempie niż koszty. Dodatkowo, zwykle jest tak, że zmienność poziomu inflacji jest wprost proporcjonalna do jej poziomu, tj. wysokiej inflacji towarzyszą jej relatywnie większe wahania. Obecnie nie widać na horyzoncie jakiegoś większego ryzyka dla polskiego CPI (i nie chodzi tutaj o szybszy czy wolniejszy powrót w stronę środka celu RPP, ale raczej o brak podstaw do przewidywania takich szoków, jak np. w 2004 r.), co sugeruje też, że stopa inflacji powinna być w miarę stabilna. Poprawi to z pewnością możliwość długoterminowego planowania i wpłynie na lepsze rozeznanie zarządów przedsiębiorstw w sytuacji makroekonomicznej. Co więcej, patrząc na coraz mocniejszego złotego i oddalające się widmo trzycyfrowych cen ropy naftowej można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że PPI będzie utrzymywał się poniżej CPI przynajmniej w nadchodzącym 2006 r. Jeśli nawet inflacja producentów miałaby wyprzedzić konsumencką, to i tak mało realne wydaje się powtórzenie scenariusza z 2004 r., kiedy odległość między obiema miarami wynosiła średnio 3,7%, w maksymalnym pod tym względem maju osiągając nawet 6,5%. A to właśnie ta różnica wydaje się dobrym przybliżeniem IFTR, zwłaszcza w obliczu rosnącej "bazy popytowej", czyli liczby osób otrzymujących wynagrodzenie z pracy.

Możemy mieć zatem do czynienia z dwoma czynnikami, wpływającymi na wycenę spółek na giełdzie. Po pierwsze, rosnąca konsumpcja powinna proporcjonalnie zwiększać przychody przedsiębiorstw. A po drugie, wysoka stopa przerzucalności inflacji poprawi współczynnik poziomu kosztów, zwiększając tym samym wskaźnik cena/zysk, a co za tym idzie, windując kursy akcji. Podstawowym ryzykiem dla takiego scenariusza jest jednak możliwość wolniejszego od oczekiwań wzrostu inwestycji. Sytuacja ta mogłaby bowiem doprowadzić do nagłej konieczności zwiększenia mocy wytwórczych, co znacząco podwyższyłoby koszty krańcowe (czyli koszty wytworzenia dodatkowej produkcji), opóźniając jednocześnie możliwość wykorzystania pojawiającego się dodatkowego popytu (niedostępność kolejnych partii towarów zwiększyłaby ceny). Na razie taki scenariusz nam nie grozi, bo z danych wynika, że przedsiębiorstwa nadal nie czują się zobligowane do inwestowania (choć dane o depozytach firm pokazują, że miałyby niezbędne środki), widząc zapewne wciąż niewystarczający popyt. Jednak jak już wspomniałem, pojawiają się przesłanki polepszania się tego ostatniego, co daje nadzieje, że ostatnie rekordy indeksów giełdowych zostaną poprawione.

Autor to ekonomista ING BSK

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama