Czwartek był piątą z rzędu sesją, kiedy wahania ceny kontraktów terminowych na indeks nie były zbyt duże. Obecny przestój określiłbym mianem konsolidacji - problem jednak w tym, że ma ona miejsce chwilami tuż nad lub tuż pod tegorocznym szczytem. Wcześniej z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w lipcu i wówczas ceny poszły w górę.

Zarówno wczorajsza, jak i środowa sesja były do siebie bliźniaczo podobne i niby obie mają pozytywną wymowę. Kwestia jednak w tym, że towarzyszył im niski obrót, który od momentu odbicia się ceny kontraktów od średniej kroczącej ze 100 sesji i tak jest stosunkowo niewielki. Kontrakty na WIG20 wciąż poruszają się w obrębie wzrostowej linii trendu rozpoczętego w maju, często przecinając ją i od góry, i od dołu. Inaczej w tym zakresie prezentuje się sam instrument bazowy, którego wartość nadal pozostaje pod linią trendu (która nawet raz nie została od chwili jej przełamania w październiku naruszona). Średnie kroczące znów mają układ i kierunek ruchu charakterystyczny dla hossy; krótkoterminowym wsparciem pozostaje od kilku tygodni średnia krocząca z 15 sesji. Krótkookresowe wskaźniki techniczne raczej potwierdzają zwyżkę, co nie oznacza, że potwierdzą również nowe maksimum. Myślę, że nawet wręcz przeciwnie, bo ich bieżące wartości są dosyć niskie.

Na razie nasza giełda wydaje się oazą spokoju, jednak prędzej czy później musi zareagować na pogorszenie nastrojów na najważniejszych parkietach świata. A naruszenie poprzedniego szczytu i późniejsze od niego odbicie na pewno nie zostanie dobrze odebrane. Może pociągnąć za sobą mocną i szybką wyprzedaż, napędzaną dodatkowo technicznymi sygnałami sprzedaży. Nie widzę raczej powodów do wzrostu, choć tu mam pewien kłopot, bo od kilku tygodni ich nie ma, a rynek jednak rośnie.