Historyczne reguły zwyżek na poświątecznych sesjach w USA zostały we wtorek zaburzone. Część analityków natychmiast odczytała takie zachowanie rynku (największy poświąteczny punktowy spadek w historii) jako fatalny sygnał i prognostyk na 2006 r. Nic bardziej błędnego. Jak policzył Mark Hulbert od 1896 roku procentowych większych spadków było 9 z rokiem 1937 na czele (-3,06%). Gdyby tylko na tej podstawie prognozować przyszły rok, to inwestorzy mocno by się pomylili. W kolejnym roku indeks wzrósł aż 28%. Jeśli włączyć do tego porównania pozostałe poświąteczne spadki, to okazuje się, że paradoksalnie taka słabość rynku z reguły poprzedzała dobry rok na rynku akcji. Oczywiście, proszę tego nie traktować jako prognozę, tylko bardziej jako tonowanie strachu wywołanego zachowaniem indeksów. Jeśli czegoś się bać, to bardziej obligacji, a nie ostatniej słabości rynku akcji.

Niczego na razie nie boją się rodzimi inwestorzy. Baza dochodziła wczoraj momentami do ponad 40 pkt. Odczytywanie jej wartości jako wskaźnika nastrojów zawsze będzie subiektywne i będzie zależeć od bardzo wielu czynników. W przypadku tej serii FW20 nie można porównywać tylko znaku przy bazie. Baza 40 pkt na minusach nie wyraża analogicznych (przeciwnych) nastrojów jak dodatnia baza 40 pkt. Z dwóch powodów. Po pierwsze, należy uwzględnić wartość teoretyczną kontraktów, która punkt równowagi przesuwa kilkanaście punktów w górę. Po drugie, praktycznie nie istnieje na GPW krótka sprzedaż, więc rozciąganie bazy na minusy jest dla GPW "normalne". Podsumowałbym tak - gdy wartość bazy przekracza (dopiero) 2% indeksu po ujemnej stronie byłby to "jeden z" argumentów przemawiających za wzrostem. Gdy to samo będzie przy bazie dodatniej, fakt ten stanie się "głównym" argumentem za spadkiem.