Na 35 ostatnich sesji tylko na trzech Indeks Cenowy Giełdy, wskaźnik wyliczany przez Parkiet, w którego skład wchodzą wszystkie notowane na rynku papiery, stracił na wartości. Kto jednak na tej podstawie postawiłby tezę, że rynek jest jakoś szczególnie mocno rozgrzany, prawdopodobnie pomyliłby się. W trwającej już ponad trzy lata hossie zdarzały się dłuższe okresy dobrej koniunktury (ostatnio na przełomie 2003 i 2004 roku), a mimo to inwestorzy nie decydowali się na realizację zysków. Trzymiesięczna zmiana Indeksu Cenowego sięga 20% i jest najwyższa od półtora roku. Jednak w 2003 roku i w marcu 2004 roku, w okolicach istotnych szczytów ten sam wskaźnik miał prawie 60%. Właśnie brak euforii, która objawiłaby się wysokimi stopami zwrotu i podwyższonej zmienności rynku to są elementy, których brakuje, żeby wypatrywać szczytu.
Zwróciłbym uwagę na gigantyczny, najwyższy od początku hossy wolumen. W listopadzie wyniósł on, odliczając PGNiG, ok. 800 mln akcji, w grudniu (również bez PGNiG) już 850 mln papierów. Poprzedni rekord, z marca 2004 roku, wynosił 559 mln akcji. Tego wzrostu aktywności inwestorów na tym etapie trendu wzrostowego nie podjąłbym się zinterpretować jako sygnału potwierdzającego zwyżkę. To raczej wskazówka, że na rynku jest coraz więcej inwestorów spragnionych akcji, dla których jest raczej wszystko jedno, co kupują. Może to być nawet Fon, który generalnie nic nie robi, ale przynajmniej planuje emitować nowe akcje. Propozycja zmiany branży na metalową (skojarzenie z KGHM) na tyle podniosła kurs, że akcjonariusz, który domagał się zwołania zgromadzenia udziałowców i przegłosowania stosownych uchwał, sprzedał większość posiadanych akcji.
W segmencie największych spółek emocji jeszcze mniej - zmienność WIG20 spada, trzymiesięczna zmiana indeksu nie przekracza 10%. Tymczasem kiedy na początku października rozpoczynała się ostatnia mocna korekta, wynosiła 25%. Obroty akcjami największych spółek piąty raz z rzędu nie przekroczyły 500 mln zł.