Reklama

Ostrożność uzasadniona

Z Mirosławem Gronickim, byłym ministrem finansów, a wcześniej głównym ekonomistą Banku Millennium, rozmawia Łukasz Wilkowicz

Publikacja: 31.12.2005 07:42

Bankowi analitycy przewidują, że wzrost gospodarczy w 2006 r. może wynieść ok. 4,5%. Czy Pana zdaniem są szanse, żeby było lepiej?

Szanse są zawsze. Jest tylko kwestia prawdopodobieństwa. Uważam, że Ministerstwo Finansów, NBP i analitycy chyba są dość zgodni. Trochę to jest zresztą niepokojące, bo przypomnę, że 2001 r. był - jeśli chodzi o tę jednomyślność - podobny. Ale nie chciałbym krakać. Wszystko wskazuje jednak, że przynajmniej pierwsze półrocze powinno być wyjątkowo dobre. Oczywiście, w ujęciu statystycznym. Niska baza poprzedniego roku spowoduje, że w I kw. możemy mieć nawet 6% wzrostu PKB, co może niektórych nieco zmylić.

Co będzie motorem wzrostu w przyszłym roku? Czy to ciągle będzie eksport, czy może przerzucimy się trochę na inwestycje?

Zapewne będziemy mieć do czynienia z taką mieszanką. W latach 2003 i 2004 wyjątkowo mieliśmy do czynienia z eksportem jako motorem wzrostu. Nie będzie, jak w 2005 r., dezinwestycji z zapasów, co obniżyło dynamikę popytu krajowego. Teraz popyt powinien wyraźnie rosnąć. W szczególności, mimo wszystko, za sprawą konsumpcji. Inwestycje będą przyspieszać raczej powoli.

Czy myśli Pan, że wysoka dynamika eksportu jest ciągle jeszcze do utrzymania?

Reklama
Reklama

Proszę pamiętać, że my cały czas dopiero szukamy nowych rynków. To, że eksport rósł, było efektem wchodzenia na nie. One się przecież przed nami nie zamknęły. Co do jednego jestem przekonany - że eksport będzie rosnąć szybciej niż import. Jeśli chodzi o dynamikę, to przypuszczam, że realnie ona będzie podobna do obserwowanej w drugiej połowie 2005 r. Pierwsza połowa była dość dziwna - przynajmniej jeśli chodzi o statystykę.

Jak będzie w przyszłym roku z inwestycjami? Czy "pęknie" 10%?

Jest pewne prawdopodobieństwo. Ale szczerze mówiąc, gdy się widzi tę - mimo wszystko - niechęć sektora prywatnego do większych inwestycji i brak znaczącego przyspieszenia gospodarki unijnej, to nie ma się co dziwić ostrożności. Nawet inwestycje zagraniczne do tego wiele nie dodają. Potwierdziło się natomiast to, o czym myśleliśmy wcześniej - że w 2005 r. większa będzie kontrybucja sektora publicznego do inwestycji. Natomiast w przyszłym roku takiej dynamiki oczekiwać nie można. Będzie to możliwe dopiero w następnej perspektywie finansowej UE, czyli po 2007 r. Wówczas będziemy dostawać z Unii więcej pieniędzy na inwestycje.

Dlaczego firmy prywatne nie chcą inwestować?

Przede wszystkim proszę zauważyć, że wzrost gospodarczy w Polsce nie jest najbardziej dynamiczny. Musi upłynąć trochę czasu, zanim aktualny potencjał zostanie wykorzystany, a oczekiwania co do przyszłego wzrostu będą bardziej pewne, żeby to się przełożyło na większe przyspieszenie inwestycji. To, co mieliśmy w drugiej połowie lat 90., raczej nie wróci. Nie można wierzyć w realną perspektywę wzrostu rzędu 6-7%. Mamy taką a nie inną politykę gospodarczą, która nie jest szczególnie sprzyjająca wzrostowi, a tym samym inwestycjom, więc trudno się dziwić, że one nie rosną.

Co w polityce gospodarczej nie sprzyja wzrostowi inwestycji?

Reklama
Reklama

Głównie polityka fiskalna i budżetowa - pomijając element napływu pieniędzy z Unii, ale też polityka banku centralnego. Jeżeli popatrzeć na wykresy restrykcyjności polityki monetarnej, to jej poziom jest obecnie podobny do okresu obniżania inflacji w latach 2000-2001. Trudno powiedzieć, że to sprzyja pobudzaniu wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony - ostrożności nigdy za dużo. Nie chcę komentować, a tylko stwierdzam fakt: nie jest to polityka sprzyjająca dynamicznemu wzrostowi gospodarczemu.

Jak można podliczyć udział unijnych pieniędzy w inwestycjach? Ile one mogą dodać do dynamiki w przyszłym roku?

W mediach funkcjonuje pewne nieporozumienie - że niskie wykorzystanie unijnych funduszy świadczy o tym, że u nas nie inwestuje się w projekty finansowane przez Unię. Projekt inwestycyjny nie trwa pół roku. Zwykle przynajmniej dwa lata. Jeżeli tak jest, to płatność końcowa - de facto refinansowanie - będzie dopiero po przedstawieniu faktur. Wydaje się, że pozytywny wpływ Unii dla inwestycji jednak jest. Potwierdzeniem jest sytuacja w samorządach, które ostro zwiększyły swoją dynamikę inwestycji. Trudno jednak spodziewać się, żeby w przyszłym roku było podobnie.

Celowo mówię bez liczb, bo w skali PKB fundusze na inwestycje, które Polsce przysługują - jeśli odjąć płatności dla rolników - to jest ok. 1,5%. W przypadku inwestycji to może być ok. 7% całości. Ale wiadomo, że pieniądze z Unii przeznaczane są nie tylko na inwestycje.

Chyba one jednak idą właśnie przede wszystkim na projekty inwestycyjne...

Niekoniecznie. Są projekty związane ze społeczeństwem, edukacją itd. Tego też trochę jest.

Reklama
Reklama

Wracając do klimatu inwestycyjnego - co w 2006 r. pod tym względem się poprawi?

Jeżeli chodzi o cenę pieniądza, to trudno spodziewać się zmian. Złoty nadal będzie mocny. Ale jeżeli mamy do czynienia z pewną stabilizacją kursu, to jest to czynnik, który może pomóc inwestycjom.

A polityka fiskalna? Jak Pan ocenia nową minister finansów?

No comment. Będę oceniać dopiero wtedy, gdy będę widzieć fakty. Nie mogę oceniać osoby po medialnych wypowiedziach, bo to nie jest ocena merytoryczna, a de facto ocena jak ktoś się prezentuje. Istotne jest to, jakie będą ostatecznie budżet, polityka podatkowa, strategia długu publicznego. Na razie większych innowacji nie widać. Trzeba też pamiętać, że po tym, jak się było w ministerstwie - trudno być obiektywnym.

Wracając do gospodarki: konsumpcja będzie zapewne wyższa niż w 2005 r.

Reklama
Reklama

Tak. Mamy duże prawdopodobieństwo niższej inflacji średniorocznej niż w 2005 r. 1,5% inflacji było zakładane przez Ministerstwo Finansów nie tylko dlatego, że myśleliśmy o ostrożnościowej polityce. Jak sam pan widzi inflacja raczej skończy rok poniżej 1%. To spowoduje, że siła nabywcza tego, co się zarabia i transferów będzie relatywnie wyższa. Trudno oczekiwać, że osoby biedniejsze, których dochody wzrosną, będą oszczędzać. Wydatki więc wzrosną. To będzie czynnikiem pobudzającym konsumpcję. Ale nie nadmiernie. Trudno spodziewać się, że przy zwiększeniu transferów socjalnych o 6%, konsumpcja odbije nam o tyle samo. Transfery to raptem 20% całości dochodów.

Jaki będzie wzrost konsumpcji w całym 2006 r.?

Około 3,5%.

Sytuacja na rynku pracy w tym roku poprawia się. Czy Pan myśli, że tendencje z 2005 r. - wzrost zatrudnienia przekraczający 2% w skali roku i ponadtrzyprocentowy wzrost płac - utrzymają się w następnym? Czy może będzie lepiej?

To, o czym pan mówi, dotyczy sektora przedsiębiorstw, czyli większych firm. Mówimy o 4,8 mln zatrudnionych. W skali gospodarki zatrudnionych jest - według BAEL-u - 10,6 mln pracowników najemnych. Według ostatnich informacji z GUS, wzrost liczby pracujących w całej gospodarce jest nawet wyższy niż 2% - w III kwartale około 3%. To jest rzeczywiście dobry sygnał. Tylko czy ten sygnał jest do utrzymania? Czy to nie jest swego rodzaju odreagowanie przeszłości? Fakt, że trudno oczekiwać spadku dynamiki PKB do 1-2%, jak mieliśmy niedawno. Powtórzenia tegorocznej dynamiki zatrudnienia raczej bym się nie spodziewał.

Reklama
Reklama

Czy płace będą rosnąć?

Płace są wynikiem tego, co się dzieje w sektorze przedsiębiorstw. Mają one spore zapasy gotówki. Ale dlaczego mają one być przeznaczane nie na inwestycje, a na pracowników? To byłoby nieracjonalne. Więc jeśli będziemy mieć niską inflację i wciąż spore bezrobocie, to nie sądzę, żeby inflacja płacowa była nadmierna. Chociaż spodziewam się, że realne płace wzrosną w 2006 r. bardziej dynamicznie niż w tym.

Jaki to będzie wzrost?

W sektorze przedsiębiorstw może wynieść ok. 3%.

Czy to z punktu widzenia banku centralnego jest niebezpieczne dla inflacji?

Reklama
Reklama

Ja nie będę panu mówić, co myśli bank. Jeżeli wydajność pracy będzie rosnąć szybciej niż płace, to z teorii ekonomGdyby było odwrotnie i do tego rosłoby zatrudnienie - tyle, że jest to mało prawdopodobne, bo nieracjonalne - to wtedy oczywiście bank centralny i każda rozsądnie myśląca instytucja musiałaby odpowiednio zareagować. Natomiast nie przypuszczam, żeby inflacja płacowa była - i to w perspektywie najbliższych lat - istotnym czynnikiem pobudzającym inflację. Będą na nią bardziej wpływać inne czynniki, ale nie ten. Mamy teraz okres stabilnej inflacji.

W grudniu 2005...

...to będzie poniżej 1%. Mamy szansę wrócić do sytuacji z końca 2003 r., gdy był rekord - 0,8% inflacji. Przy czym, oczywiście, jest to efekt malejących cen paliw i spadających albo przynajmniej stabilnych cen żywności. Pozostałe ceny nie zmieniają się. Jeśli chodzi o I kw. 2006 r., to z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że inflacja wciąż będzie poniżej dolnej granicy celu (czyli 1,5%). Wszystko zależy od czynników typowo sezonowych i zewnętrznych, od tego, co się będzie dziać z ropą i z żywnością w drugiej połowie przyszłego roku. Można sobie wyobrazić scenariusz, że będziemy mieć połączenie kiepskiego urodzaju w rolnictwie i zwiększenia eksportu towarów rolnych na inne rynki. To by windowało ceny żywności. Jeżeli dodatkowo uwzględnilibyśmy wysokie ceny ropy, to inflacja mogłaby podskoczyć. Ale jakie jest prawdopodobieństwo, że zanotujemy kiepski urodzaj i jednocześnie będzie kryzys naftowy? Warto odpowiedzieć sobie na to pytanie. Oczywiście, bank centralny musi być zawsze ostrożny, brać pod uwagę nawet te mało prawdopodobne zdarzenia. Jednak obiektywna ocena wymaga określenia, co jest najbardziej prawdopodobne. W tym momencie trudno spodziewać się, żeby inflacja - przy takiej dynamice wzrostu i przy takich układach polityki gospodarczej - mogła nadmiernie wzrosnąć.

Jak będzie w końcu 2006 r.?

Ja przypuszczam, że poniżej 2%. Na pewno poniżej środka celu inflacyjnego.

Stopy procentowe nie będą się zmieniać?

Praktycznie nie ma zagrożenia inflacyjnego. Po drugie, polska gospodarka nadal jeszcze - pomimo ożywienia - nie zamknęła luki popytowej. Czyli jest pewna przestrzeń dla złagodzenia polityki monetarnej. Ale tak naprawdę to jest gdybanie. Polityka pieniężna jest wykładnią tego, co się dzieje w banku centralnym. I tutaj możemy tylko obserwować to, co obserwujemy. Więc moje wrażenie jest takie, że raczej trudno spodziewać się ruchu w kierunku poluzowania. Spodziewałbym się nawet bardziej jastrzębiej retoryki w drugiej połowie roku, kiedy otoczenie będzie wyglądać nieco inaczej.

Czy myśli Pan, że w przyszłym roku będziemy mieć więcej zagranicznych inwestycji bezpośrednich niż w tym?

Tak. Mówię o greenfieldach, nie o kupowaniu akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw.

Skąd one będą pochodzić?

Myślę, że tak jak do tej pory, czyli 80% z Unii. Tym bardziej, że jest spora szansa, żeby coś w Polsce zarobić. Jest spora różnica w rozwoju. Proces "catching up" polega nie tylko na tym, co my generujemy, ale również na tym, że postrzega się pewne możliwości w tym kraju. Jak są możliwości, to dlaczego nie wejść i nie skorzystać.

Czy inwestycjom nie będzie przeszkadzać brak deklaracji nowego rządu co do daty wejścia do strefy euro? Czy to ma wpływ tylko na inwestycje portfelowe?

Widać, że inwestorzy zachowują zimną krew. Ani złoty się nie osłabił, ani ceny papierów zbytnio nie spadły. Jeżeli przyjmiemy, że ta przecena, z jaką mieliśmy do czynienia, to efekt nadmiernych oczekiwań przed wyborami, to obecne poziomy oznaczają powrót do stanu sprzed "przedwyborczej gorączki". Nie jest to najgorsza ocena tego, co się dzieje, ze strony rynku.

Czy inwestorzy uważają, że euro jest im potrzebne do szczęścia? Oni mają tyle sposobów zabezpieczenia się przed ryzykiem... Poza tym przykładowo: ci, którzy produkują samochody w Polsce, części kupują za granicą - za euro. Jedyne ryzyko jest takie, że koszt pracy albo pewnych usług nabywanych na miejscu za złote może podskoczyć, jeżeli złoty się nadmiernie wzmocni. Ale to nie jest na tyle duże ryzyko, żeby miało odstraszać inwestorów. Tym bardziej, że sam fakt, iż nie wejdzie się do strefy euro w najbliższym okresie, powinien w średnim terminie sprzyjać osłabianiu się złotego.

Jakie są Pana plany na zaczynający się rok?

Na razie odpoczywam. Na pewno nie będę się bawić w politykę. W takiej lub innej formie wracam do prywatnego sektora i do tego, co robiłem wcześniej.

Konkretnie?

Nie chcę zapeszać. Na szczegóły jeszcze za wcześnie.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama