Ja nie będę panu mówić, co myśli bank. Jeżeli wydajność pracy będzie rosnąć szybciej niż płace, to z teorii ekonomGdyby było odwrotnie i do tego rosłoby zatrudnienie - tyle, że jest to mało prawdopodobne, bo nieracjonalne - to wtedy oczywiście bank centralny i każda rozsądnie myśląca instytucja musiałaby odpowiednio zareagować. Natomiast nie przypuszczam, żeby inflacja płacowa była - i to w perspektywie najbliższych lat - istotnym czynnikiem pobudzającym inflację. Będą na nią bardziej wpływać inne czynniki, ale nie ten. Mamy teraz okres stabilnej inflacji.
W grudniu 2005...
...to będzie poniżej 1%. Mamy szansę wrócić do sytuacji z końca 2003 r., gdy był rekord - 0,8% inflacji. Przy czym, oczywiście, jest to efekt malejących cen paliw i spadających albo przynajmniej stabilnych cen żywności. Pozostałe ceny nie zmieniają się. Jeśli chodzi o I kw. 2006 r., to z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że inflacja wciąż będzie poniżej dolnej granicy celu (czyli 1,5%). Wszystko zależy od czynników typowo sezonowych i zewnętrznych, od tego, co się będzie dziać z ropą i z żywnością w drugiej połowie przyszłego roku. Można sobie wyobrazić scenariusz, że będziemy mieć połączenie kiepskiego urodzaju w rolnictwie i zwiększenia eksportu towarów rolnych na inne rynki. To by windowało ceny żywności. Jeżeli dodatkowo uwzględnilibyśmy wysokie ceny ropy, to inflacja mogłaby podskoczyć. Ale jakie jest prawdopodobieństwo, że zanotujemy kiepski urodzaj i jednocześnie będzie kryzys naftowy? Warto odpowiedzieć sobie na to pytanie. Oczywiście, bank centralny musi być zawsze ostrożny, brać pod uwagę nawet te mało prawdopodobne zdarzenia. Jednak obiektywna ocena wymaga określenia, co jest najbardziej prawdopodobne. W tym momencie trudno spodziewać się, żeby inflacja - przy takiej dynamice wzrostu i przy takich układach polityki gospodarczej - mogła nadmiernie wzrosnąć.
Jak będzie w końcu 2006 r.?
Ja przypuszczam, że poniżej 2%. Na pewno poniżej środka celu inflacyjnego.
Stopy procentowe nie będą się zmieniać?
Praktycznie nie ma zagrożenia inflacyjnego. Po drugie, polska gospodarka nadal jeszcze - pomimo ożywienia - nie zamknęła luki popytowej. Czyli jest pewna przestrzeń dla złagodzenia polityki monetarnej. Ale tak naprawdę to jest gdybanie. Polityka pieniężna jest wykładnią tego, co się dzieje w banku centralnym. I tutaj możemy tylko obserwować to, co obserwujemy. Więc moje wrażenie jest takie, że raczej trudno spodziewać się ruchu w kierunku poluzowania. Spodziewałbym się nawet bardziej jastrzębiej retoryki w drugiej połowie roku, kiedy otoczenie będzie wyglądać nieco inaczej.
Czy myśli Pan, że w przyszłym roku będziemy mieć więcej zagranicznych inwestycji bezpośrednich niż w tym?
Tak. Mówię o greenfieldach, nie o kupowaniu akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw.
Skąd one będą pochodzić?
Myślę, że tak jak do tej pory, czyli 80% z Unii. Tym bardziej, że jest spora szansa, żeby coś w Polsce zarobić. Jest spora różnica w rozwoju. Proces "catching up" polega nie tylko na tym, co my generujemy, ale również na tym, że postrzega się pewne możliwości w tym kraju. Jak są możliwości, to dlaczego nie wejść i nie skorzystać.
Czy inwestycjom nie będzie przeszkadzać brak deklaracji nowego rządu co do daty wejścia do strefy euro? Czy to ma wpływ tylko na inwestycje portfelowe?
Widać, że inwestorzy zachowują zimną krew. Ani złoty się nie osłabił, ani ceny papierów zbytnio nie spadły. Jeżeli przyjmiemy, że ta przecena, z jaką mieliśmy do czynienia, to efekt nadmiernych oczekiwań przed wyborami, to obecne poziomy oznaczają powrót do stanu sprzed "przedwyborczej gorączki". Nie jest to najgorsza ocena tego, co się dzieje, ze strony rynku.
Czy inwestorzy uważają, że euro jest im potrzebne do szczęścia? Oni mają tyle sposobów zabezpieczenia się przed ryzykiem... Poza tym przykładowo: ci, którzy produkują samochody w Polsce, części kupują za granicą - za euro. Jedyne ryzyko jest takie, że koszt pracy albo pewnych usług nabywanych na miejscu za złote może podskoczyć, jeżeli złoty się nadmiernie wzmocni. Ale to nie jest na tyle duże ryzyko, żeby miało odstraszać inwestorów. Tym bardziej, że sam fakt, iż nie wejdzie się do strefy euro w najbliższym okresie, powinien w średnim terminie sprzyjać osłabianiu się złotego.
Jakie są Pana plany na zaczynający się rok?
Na razie odpoczywam. Na pewno nie będę się bawić w politykę. W takiej lub innej formie wracam do prywatnego sektora i do tego, co robiłem wcześniej.
Konkretnie?
Nie chcę zapeszać. Na szczegóły jeszcze za wcześnie.
Dziękuję za rozmowę.