Wydarzeniem czwartkowej sesji na rynku walutowym było silne wzmocnienie dolara kosztem euro. Wspólna waluta straciła ponad jednego centa, po tym jak listopadowy bilans handlowy USA okazał się wyraźnie niższy od oczekiwań, a szef Europejskiego Banku Centralnego wyraził obawy o kondycję gospodarki strefy euro w tym roku. Inwestorzy cały czas próbują sobie wyrobić zdanie: kiedy i w jakim tempie zacznie być redukowana dysproporcja kosztu pieniądza w USA i Eurolandzie. Wczorajsze słowa szefa EBC przekonały, że nieszybko. Nawet gdyby Fed podniósł stopy jeszcze tylko raz, a nawet zaniechał kolejnej podwyżki, to na cięcia z jego strony przyjdzie jeszcze poczekać. W sytuacji, gdy EBC nie "pali" się do zaostrzania polityki pieniężnej, dysproporcja utrzyma się na dotychczasowym poziomie. To będzie wspierać dolara.
Wczoraj za euro płacono 1,203 USD, co z dużą rezerwą każe traktować zwyżkę z początku roku. Spadek poniżej 1,201 USD (górka z połowy grudnia) otwierałby z powrotem dyskusję o trwalszej deprecjacji wspólnej waluty. Na tej drodze mamy dwie główne bariery: 1,182 i 1,167 USD.