Przez kolejną sesję nie zmienił się układ sił na warszawskim parkiecie. Segment największych firm od pierwszej połowy stycznia pozostaje w konsolidacji, a równowagę notowań dobrze obrazuje prawie płaski od początku lutego przebieg miesięcznej średniej. Na razie uzasadnione okazują się wątpliwości co do tego, czy wzrost z ubiegłego piątku jest zaczynem trwałego ruchu w górę. Z technicznego punktu widzenia kłopoty z kontynuacją zwyżki można wiązać z tym, że korekta z przełomu stycznia i lutego była dużo płytsza od swojej poprzedniczki z października. W najgorszym momencie WIG20 spadał od szczytu o ok. 7% podczas gdy na jesieni zniżka sięgała prawie 12%. Można to interpretować w ten sposób, że część inwestorów obawiając się, iż rynek powróci do hossy zanim zdążą napełnić portfele, zdecydowała się na kupno akcji już po niezbyt głębokiej przecenie. To jeden z elementów wskazujących na zwiększanie się optymizmu inwestorów.

Inna część uczestników rynku z powodu ograniczonej skali spadku powstrzymuje się zapewne z decyzjami kupna, obawiając się powrotu zniżek. Jednocześnie posiadacze akcji nie mają powodów do ich wyprzedaży, bo nawet jeśli kupowali na szczycie to ich obecne straty nie są duże. Taki układ sił na parkiecie pozwala przyjąć, że kluczowym miejscem jest w aktualnej sytuacji 2860 pkt, czyli piątkowe zamknięcie. Po jego przekroczeniu można spodziewać się większego ruchu na rynku. Wtedy nadzieje na szybki atak na rekordowe poziomy zmniejszą się, co mogłoby wyzwolić zwiększoną podaż. Przypomniałoby to, że wzrost z poprzedniego piątku w dużym stopniu zawdzięczaliśmy arbitrażystom i ich koszykowym zleceniom kupna, a nie rzeczywistemu popytowi.

Dopóki WIG20 nie znajdzie się poniżej 2860 pkt istnieje szansa na atak na styczniową górkę a potem zmierzenie się z barierą 3 tys. pkt. W takim wariancie trudno jednak już w tej chwili zakładać, że dojdzie do ukształtowania podobnej fali wzrostowej, jak na przykład trwająca od maja do września 2005 r. czy od października 2005 r. do pierwszej połowy stycznia tego roku.