Kolejny raz indeksy warszawskiej giełdy wspięły się wczoraj do góry, a WIG niemal wyrównał poziom najwyższego zamknięcia w historii - dokładnie sprzed miesiąca, kiedy to po raz pierwszy przekroczył poziom 40000 punktów. Warto zwrócić uwagę na rozbieżne formacje na poszczególnych indeksach: podczas gdy WIG-20 kreśli ewidentny trend boczny, na WIG zdołał się uformować dość rzadko spotykany odwrócony trójkąt (a może to po prostu zapowiadający kontynuację trendu diament?), z kolei MIDWIG właśnie usiłuje się wybić w górę z formacji prostokąta. Taka kolejność w sile indeksów jest oczywiście typowa dla dojrzałych faz trendu...
Pierwsze skrzypce gra jak zwykle KGHM, wciąż lubiany przez inwestorów instytucjonalnych pomimo niedawnej korekty jego udziału w indeksie WIG20. Dziwne, że kupującym nie przeszkadza fakt, iż jest to - ze względu na udział Skarbu Państwa w akcjonariacie - potencjalnie najbardziej upolityczniona z dużych spółek giełdowych. Możliwe zawirowania personalne mogą wystąpić również w innych dużych spółkach - Lotosie, PKO BP, czy zwłaszcza w Orlenie. Inwestorzy giełdowi dotąd zdawali się ignorować ryzyko polityczne, ale nadejdzie zapewne taki moment, w którym kropla przeleje czarę. To samo dotyczy rynku obligacji - przy rentownościach rzędu 4,5-4,8% potencjalny zysk z dalszego wzrostu cen obligacji nie jest zbyt atrakcyjny wobec ryzyka pogorszenia sytuacji budżetu, co będzie moim zdaniem nieuchronną konsekwencją ewentualnego powstania "socjalnej" koalicji.
Póki co długoterminowy trend wzrostowy jest kontynuowany, a sygnałów jego zakończenia jak nie było dwa tygodnie temu, tak nie ma i teraz. Polskie akcje są droższe, niż średnio bywały w przeszłości, rentowności obligacji krajów rozwijających się są o ledwie 250 punktów wyższe od rentowności krajów rozwiniętych (co świadczy o dużym apetycie na ryzyko), amerykańskie stopy procentowe są wysokie - wszystkie te czynniki ostrzegają przed zmianą trendu. Ta jednak nie dokona się z dnia na dzień, ani nawet z tygodnia na tydzień.