Napięta sytuacja wokół Iranu poskutkowała tym, że za baryłkę ropy Brent spod dna Morza Północnego w Londynie trzeba było wczoraj płacić już nawet 69,70 USD. To rekord, jeśli chodzi o tę właśnie odmianę surowca. Wielkimi krokami do historycznych szczytów zbliżają się także notowania lekkiej ropy arabskiej w Nowym Jorku. Baryłka kosztowała wczoraj przed południem 69,45 USD, tylko 1,4 USD mniej od rekordu z sierpnia zeszłego roku, gdy na południowym wybrzeżu USA szalały niszczycielskie huragany.
Uczestnicy rynku ropy w największym napięciu nasłuchują teraz wieści dotyczących Iranu. Kraj, który jest czwartym na świecie producentem surowca, forsuje program prac nad energią atomową, tłumacząc, że jest to sposób na zapewnienie dostaw elektryczności. Według USA i państw Europy Zachodniej, jest to jednak tylko przykrywka dla budowy broni jądrowej. Amerykańskie media spekulowały nawet ostatnio, że prezydent Goerge W. Bush nie zawaha się przeprowadzić ataku zbrojnego, jeśli Iran się nie podporządkuje i nie zakończy badań. Wprawdzie Biały Dom zaprzeczył tym doniesieniom, jednak wciąż nie ma pewności, czy konflikt uda się rozwiązać drogą pokojową. Brytyjski minister spraw zagranicznych Jack Straw oficjalnie już mówi o wprowadzeniu sankcji na Iran przez ONZ. O sankcjach przebąkuje się w Brukseli. Czy w odwecie rząd w Teheranie odpowie zakręceniem kurków z ropą? Zdaniem analityków, już same obawy o niedobór surowca na rynku są wystarczające, by dalej nakręcać spiralę wzrostu cen.
Powodów do niepokoju dostarczają także doniesienia z Nigerii, która jest największym producentem ropy w Afryce. Koncern Royal Dutch Shell wciąż nie wznowił wydobycia ponad 450 tys. baryłek ropy dziennie, które zatrzymał po atakach partyzantów na tamtejsze instalacje naftowe. Ropa drożeje także za sprawą agresywnie grających funduszy hedgingowych.
Według wyliczeń analityków, w przypadku powtórzenia trendów z poprzedniego roku, już za kilka miesięcy ceny ropy mogą osiągnąć poziom 80 USD za baryłkę - alarmował dwa dni temu "Wall Street Journal". Popyt na surowiec mocno wzrośnie, gdy na drogi wyjadą urlopowicze. Szczególnie w USA, które są największym konsumentem ropy na świecie, w okresie wakacyjnym popyt na paliwa silnikowe mocno się zwiększa. Tymczasem nie ma szans na wzrost podaży.
W Stanach Zjednoczonych wydobycie w rejonie Zatoki Meksykańskiej wciąż jest aż o 340 tys. baryłek, czyli 23 proc., niższe aniżeli przed zeszłorocznymi atakami huraganów Katrina i Rita. Także bogate w ropę kraje zrzeszone w OPEC, targane wewnętrznymi konfliktami (Iran, Irak, Wenezuela), nie są zdolne do zwiększania mocy produkcyjnych.