Polska giełda biła w ostatnich dniach kolejne rekordy skutecznie nadrabiając zaległości, które nabudowały się względem innych rynków rozwijających się od początku roku. Oczywiście, trudno przypuszczać, by nagle inwestorom spodobały się wydarzenia polityczne w naszym kraju; wizja tworzącej się koalicji rządowej powinna działać raczej odwrotnie, zauważyła to zresztą jedna z agencji ratingowych, obniżając perspektywę ratingu Polski.
Rynkiem akcji w dalszym ciągu zaś rządzi strumień napływającej nań gotówki. Gotówka zaś napływa, bo ceny akcji rosną, a fundusze mamią swoimi historycznymi wynikami inwestycyjnymi - czego więcej trzeba do opisu funkcjonowania spekulacyjnego bąbla? Raczej niewiele. Efekty widać głównie w segmencie małych spółek. Mnożyć można motywy, pod które "rozgrywane" są poszczególne papiery - a to prawo poboru akcji emitowanych po złotówce, a to biopaliwa, a to powiązania z akcjonariuszami innych spółek, które już dały godziwie zarobić. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że inwestorzy kupują dane akcje nie dlatego, że widzą ich jakąś wewnętrzną wartość, czy niedocenienie przez rynek, ale dlatego, że rosną i niedługo będzie je można sprzedać drożej. Wszyscy wiemy, że kiedyś skończy się to źle, zapewne jeszcze nie teraz, bo taka faza rynku trwa z reguły dłużej, niż wszyscy przewidują. Jednak dla mocno stąpającego po ziemi inwestora to właśnie jest moment, w którym zamiast zastanawiać się co kupić, wypada zacząć myśleć, kiedy i po jakiej cenie zacząć realizować zyski.
Motorem rynku w dalszym ciągu jest KGHM, rosnący w ślad za rekordowymi notowaniami miedzi. Warto przy okazji zwrócić uwagę, iż wysokie ceny metali (czymkolwiek byłyby spowodowane, nawet spekulacyjnym popytem funduszy hedgingowych) muszą w końcu przełożyć się na warunki działania w sferze realnej - bądź ograniczą planowane inwestycje (i w dalszej perspektywie spowolnienie wzrostu gospodarczego), bądź w końcu znajdą ujście w przyspieszającej inflacji. Nie trzeba dodawać, że oba scenariusze nie zostaną ze spokojem przyjęte przez rynki finansowe.