Tak niewiele brakowało... Średnia przemysłowa Dow Jones miała pobić historyczny rekord, morale inwestorów miało zostać podbudowane, na Wall Street miał się rozpocząć nowy etap hossy. Po trzech sesjach delikatnego wzrostu w środę najważniejszy barometr giełdowej koniunktury dzieliły od szczytu jedynie 52 pkt, czyli 0,4 proc.
Dwie kolejne sesje minęły i nastroje są zgoła odmienne. Dow Jones poleciał w dół o ponad 2 proc. i zaczęły się rozważania, ile jeszcze może stracić. Tak ogromnej podaży akcji, jak w czwartek i piątek, nie widziano w Nowym Jorku od pięciu miesięcy. W ślad za amerykańskimi zawróciły także główne wskaźniki innych giełd na świecie. W skali tygodnia Dow Jones spadł o 1,7 proc., natomiast brytyjski wskaźnik FT-SE 100 stracił 2,9 proc., a niemiecki DAX - 3,2 proc.
Inwestorzy nie dostali tego, czego chcieli: jasnej deklaracji Rezerwy Federalnej, że amerykańskie stopy procentowe nie będą już szły w górę. Środowa podwyżka stóp przez Fed była wkalkulowana, lecz dalszy scenariusz nie jest znany. Środowy komunikat po posiedzeniu niczego nie rozjaśnił: "Fed będzie reagować stosownie do danych gospodarczych".
To prawdopodobnie główny powód zniechęcenia do akcji. Spotęgował go strach przed inflacją, słabym dolarem i wojną w Iranie.
Część analityków uważa, że inwestorzy szybko znów złapią wiatr w żagle. Wskazywać na to ma popyt na papiery firm, których notowania nie były ostatnio najwyższe, a które można uznać za bezpieczną inwestycję - takich jak Microsoft czy Time Warner. Ich akcje w piątek, przy mocno spadającym rynku, straciły stosunkowo niewiele. O rychłym powrocie byków mówią m.in. eksperci Citigroup.