Wydarzeniem czwartku na rynkach finansowych, była publikacja kolejnego przybliżenia danych o wzroście amerykańskiego PKB w I kwartale 2006 roku. Oczekiwania były dość optymistyczne. Analitycy bowiem szacowali, że wstępne dane, które mówiły o 4,8-proc. wzroście amerykańskiej gospodarki, zostaną skorygowane w górę, aż do 5,8 proc. Faktycznie wzrost PKB wyniósł 5,3 proc. Na poziomie 3,3 proc. pozostał natomiast deflator. Ta kombinacja ucieszyła rynek, bowiem mniejszy od prognoz wzrost gospodarczy, przy stabilnej inflacji, został zinterpretowany jako czynnik, który nie zwiększa prawdopodobieństwa kolejnych podwyżek stóp procentowych przez Fed, pomimo szybkiego tempa rozwoju. Reakcją Wall Street na opublikowane dane był najpierw wzrost kontraktów, a później indeksów. Jednak ostatnie dwa tygodnie upłynęły za oceanem pod znakiem spadków głównych indeksów. W efekcie indeks S&P500 w poprzednim tygodniu przełamał istotną strefę wsparcia 1280-1285 pkt. jaką tworzył
dołek z kwietnia oraz dolne
ograniczenie półrocznego kanału wzrostowego.
Wybicie dołem z opisywanego kanału to niejedyny sygnał sprzedaży, jaki w tym miesiącu można odczytać z wykresów. Można do niego bowiem dodać liczne sygnały sprzedaży na wskaźnikach, w tym na wskaźnikach zbudowanych dla danych tygodniowych, czy też świecową formację objęcia bessy sprzed dwóch tygodni. Wszystkie sygnały sprzedaży, jakkolwiek nie zachęcają do kupna akcji, to jednak (w odróżnieniu od niektórych rynków emerging markets) nie przesądzają jeszcze o nadejściu bessy. Ostatnia zniżka bowiem wcale nie zadziwia skalą spadków, a indeks szerokiego rynku wciąż porusza się wewnątrz ponaddwuletniego kanału wzrostowego. Jego dolne ograniczenie znajduje się na 1240 pkt. Dopiero zdecydowane wybicie S&P500 poniżej tego poziomu, pozwoli mówić o bessie. Na razie pomimo że
w ubiegły czwartek przełamana