Od dwóch już lat słyszymy o problemach, jakie stawia nam Bruksela w związku z deficytem. Wpierw walczyliśmy o korzystną klasyfikację OFE. Przegraliśmy. Nic dziwnego, skoro od 2004 r. ZUS księguje dotację budżetową zapewniającą pieniądze na przelewy do OFE jako dochody "zewnętrzne". Teraz rozpoczynamy kolejną batalię - optymisty z pesymistą. Polska (optymista) twierdzi, że kolejne deficyty będą niskie. Unia (pesymista) doszukuje się błędów w naszym liczeniu.

Bruksela większą wagę przywiązuje do ustaw budżetowych. My afiszujemy się lepszym od planu wykonaniem budżetu. Rzeczywiście, od kilku lat deficyt jest niższy, niż założenia ustawowe. Ale to dowód na zachowawcze podejście resortu do projektowania finansów. Działa przy tym obawa o los kursu złotego. Złośliwi stwierdzą, że trzeba przyjąć euro. Przeszkodą jest jednak zbyt wysoki deficyt...

Od pewnego czasu wiodący analitycy twierdzą, że nie ma żadnych ekonomicznych podstaw, by sądzić, że redukcja deficytu do poziomów oczekiwanych przez Unię jest niemożliwa. Ekonomia i polityka to jednak rozdzielne nauki...

Sam list z Ministerstwa Finansów nie wywołał w Brukseli sensacji. Jedni twierdzą, że sprawa jest zbyt "techniczna", inni, że problem należy rozwiązywać w ciszy gabinetów. Prawda jest taka, że bez odpowiedniej presji politycznej pytanie MF szybko zostanie zapomniane. Wiedziała o tym Zyta Gilowska, przesyłając kopię listu polskim eurodeputowanym. Ci jednak zbyt często zabierają głos w sprawach innej wagi...