Większość zagranicznych indeksów giełdowych w ciągu ostatnich sesji stała w miejscu lub kontynuowała niewielki wzrost. Wydaje się jednak, że nadal jest to zbyt mało, by można było z czystym sumieniem mówić o powrocie długoterminowego trendu wzrostowego.
Mimo wzrostu z końca ubiegłego tygodnia, sytuacja na amerykańskim rynku nie zmieniła się zbyt dużo. S&P 500 nadal pozostaje poniżej lokalnego minimum z przełomu czerwca i lipca tego roku, na poziomie 1280 pkt. Dopiero jego przełamanie mogłoby zasugerować powrót trendu wzrostowego. Dodatkowym potwierdzeniem tego scenariusza byłby wzrost indeksu powyżej 1290 pkt, czyli szczytu z początku lipca. Do tego momentu należy jednak zakładać korekcyjny charakter ostatniego ruchu wzrostowego, co oznacza, że w ciągu najbliższych sesji możemy spodziewać się powrotu spadków. Choć ich minimalny zasięg można szacować na 1230 pkt, to jednak prawdopodobnie sięgną niżej - przynajmniej do 1210, a nawet okolic 1190 pkt. Przełamanie tego ostatniego poziomu zmieniłoby charakter obecnego ruchu spadkowego ze średnioterminowego na długoterminowy. Warszawski indeks giełdowy wysunął się na pozycję lidera. Pod koniec ubiegłego tygodnia zwyżkował w okolicę historycznego maksimum z początku maja. Tym samym zniósł niemal 100 proc. fali spadkowej z drugiego kwartału tego roku. Choć nie starczyło mu już sił na pokonanie szczytu, to jednak i tak jest to imponujący wzrost w porównaniu z dwoma pozostałymi indeksami regionu, które w tym samym czasie zdołały pokonać zaledwie połowę drogi do analogicznych maksimów. Do momentu pokonania majowego szczytu cały czas należy mówić o silnej korekcie, ale bynajmniej jeszcze nie
o powrocie trendu. Choć w przypadku warszawskiego rynku rzeczywiście coraz mniej brakuje do pojawienia się długoterminowego sygnału kupna, to jednak
nie najlepsza sytuacja
na pozostałych giełdach regionu skłania do zachowania dużej ostrożności.