Ubiegły tydzień nie zmienił zasadniczo sytuacji na warszawskim parkiecie. Po wzrostach na początku tygodnia WIG20 dotarł do 3000 punktów i po raz kolejny nie poradził sobie z tym poziomem. Tajemnicze siły nie pozwalają na trwałe zagościć powyżej tej wartości. Trzeba przyznać, że to dość dziwna sytuacja, zważywszy, iż z technicznego punktu widzenia nie istnieje na 3000 punktów żaden opór. Najwyraźniej inwestorzy uznali, że obecnie akcje są odpowiednio wycenione i nie ma potrzeby przepłacania. Również niskie obroty na rynku wskazują, że większość czeka na rozstrzygające wybicie indeksów, kończące okres wakacyjnego marazmu. Na razie, ekscytujemy się zmianą kroku notowań przez giełdę, która wprowadziła niektórych uczestników rynku w lekkie zakłopotanie.

Trend boczny jest najmniej lubiany przez inwestorów. W ostatnich tygodniach dał się we znaki również analitykom. Niskie obroty na rynku powodują, że nasze indeksy giełdowe zachowują się irracjonalnie. Coraz częściej dostrajają się do takiej tendencji same spółki, stąd też chociażby w przypadku spadku cen miedzi akcje KGHM rosną, a przy wzroście cen surowca - spadają.

Łatwość, z jaką indeksy zmieniają tendencje jest niewiarygodna. Myślę, że pełną kontrolę na rynku mają byki i tylko od nich zależy, kiedy "padnie" nieosiągalne 3000 punktów. Nie dziwi mnie więc wysyp niepochlebnych rekomendacji dotyczących polskich akcji z zagranicznych biur: JP Morgan i Citigroup. Nie ma podaży na giełdzie, więc zagraniczni klienci nie mają tak naprawdę jak wejść na nasz rynek. Na dodatek dobre dane o wzroście PKB w Polsce nie pomagają w "zbiciu" cen akcji.

Nieustannie rosnąca liczba otwartych pozycji na futures, których żywot dobiega końca za dwa tygodnie, każe przypuszczać, że kolejny tydzień będzie ciekawy. Zważywszy, iż LOP rósł na wzroście indeksów, bardziej prawdopodobne jest krótkoterminowe wybicie indeksów w górę. Niestety, trwały powrót do wzrostów jest możliwy tylko przy udziale kapitału zagranicznego, a on czeka na niższe ceny. Tylko czy ma na to szansę?