Tzw. światowa prasa finansowa z oczywistych względów zajęła się ostatnio Węgrami i ich kryzysem, który sami sobie (i to z premedytacją) zafundowali.
Mniej oczywiste jest jednak to, że - przy okazji barwnych opisów sekcji zwłok węgierskich finansów publicznych - dziennikarze, w końcu renomowanych gazet, do jednego worka z naszymi bratankami wrzucili i Polskę. No i wyszedł z tego niezły pasztet - czytelniczo smakowity, ale z naszego punktu widzenia cokolwiek mało strawny.
Sugestia, z którą spotkałem się, czytając ważne dla globalnego biznesu gazety, była mniej więcej taka, że oto węgierski pat jest sygnałem znacznie szerszego problemu - narastających kłopotów gospodarek także innych niż Węgry krajów naszego regionu. W ten sposób zostaliśmy przyrównani do Węgrów. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że tezy takie stawiane są i dyskutowane w czołowych tytułach światowej prasy ekonomicznej, to trzeba pomyśleć sobie o ewentualnej reakcji ich czytelników - analityków, zarządzających, inwestorów, menedżerów i biznesmenów. A ponieważ obawiam się, że dla wielu czytelników, zwłaszcza za oceanem, wystarczająco szokującym odkryciem może być to, że Węgry i Polska leżą gdzieś niedaleko siebie (choć dalej pewnie nie wiadomo gdzie), to nasze rzekome braterstwo szabli i szklanki może się nam jeszcze odbić czkawką.
Mimo niezmiennie krytycznego stosunku do uprawianej na zmianę - i to wcale nie od czasu wyborów sprzed roku - propagandy klęski i propagandy sukcesu, wkurza mnie tak łatwe dorabianie nam węgierskiej gęby. Bo Polska to nie Węgry. Jeszcze. Ale faktem jest, że Polska się trochę o takie traktowanie prosi. Bo z każdym dniem, gdy słyszę peany na temat sukcesów gospodarczych, coraz bardziej niepokoi mnie fakt, że i bez owej dorabianej gęby Polska ma wystarczająco dużo zamiatanych pod dywan problemów, by stoczyć się węgierskim szlakiem. W usiłowaniu miłego i sympatycznego dla wyborców rozwiązywania problemów doraźnych, ignorowane są bowiem sprawy strategiczne. Co gorsza, nie dość, że są ignorowane, to niektórzy politycy usiłują wmówić ludziom, że się nimi serio zajmują! Tak, tak, mowa o tych wszystkich nudnych sprawach, których pozostawienie samym sobie uderzy w nas w przyszłości, a które nie cieszą się faktycznym zainteresowaniem polityków, bo nie mogą przynieść żadnych szybkich, spektakularnych i miłych dla wyborców efektów. Mowa o olbrzymim długu publicznym i kosztach jego obsługi, o kolejnych źle konstruowanych budżetach, o coraz większym garbie sztywnych wydatków, o złych podatkach, o wysokich kosztach pracy, o drogim i chorym systemie (a raczej: braku systemu) opieki zdrowotnej, o nieefektywnym rynku pracy?
Grzechy i pokuta Budapesztu powinny być traktowane jako lekcja i przestroga dla Warszawy. Która ma jeszcze szansę na skorygowanie kursu podróży i przynajmniej częściową zmianę ekipy przewodników. Zwłaszcza że nie brak wśród nich naprawdę niebezpiecznych dla Polski fałszywych proroków. Wbrew utrwalanym przez złotoustych polityków sloganom, wcale nie chodzi o to, by wybierać szlak solidarny czy liberalny. Sęk w tym, by oprzytomnieć i pamiętać o zdrowym rozsądku. Czyli o tym, o czym nie chcieli pamiętać ani rozdający cudze pieniądze węgierscy politycy, ani chętnie wyciągający po nie ręce tamtejsi wyborcy.