W ostatnich dniach media emocjonują się głównie tym, czy DJIA zdoła ustanowić nowych rekord wszech czasów. Sprawa ma przede wszystkim symboliczne znaczenie, bo trudno traktować przełamanie oporu sprzed 6,5 roku za istotny sygnał kupna. To, że w sumie niewiele się dzieje na amerykańskim rynku potwierdza, iż z punktu widzenia decyzji inwestorów ta kwestia nie ma większego znaczenia.
Większych emocji nie wywołały też dane dotyczące stanu amerykańskiej gospodarki. Wydaje się jednak, że szczególnie informacje o wydatkach i dochodach były istotne z punktu widzenia koniunktury w dłuższym terminie. Widać wyraźną dysproporcję między tempem wzrostu wydatków a zarobków.
Sytuacja, że wydatki rosną
w mniejszym stopniu niż płace, jest odzwierciedleniem obaw o przyszłość. Z jednej strony daje nadzieje na poprawę dynamiki wydatków w przyszłości. Z drugiej szybko rosnące płace stwarzają zagrożenie, że konieczne okażą się kolejne podwyżki stóp, albo przynajmniej utrzymanie ich na dotychczasowym poziomie dłużej niż się tego spodziewają teraz specjaliści. Teraz liczą na cięcie już w I kwartale 2007 r. Wpływ na politykę monetarną powinna mieć informacja o przyspieszeniu tempa wzrostu cen w sierpniu, mierzonego wskaźnikiem PCE, do 2,5 proc. Ostatnio tak szybko rosły ponad 10 lat temu. Taka sytuacja poprzedzała wieloletni rozwój gospodarki USA. Wtedy też skala wzrostu zarobków zaczynała wyprzedzać tempo wydatków. Istotną różnicą jest natomiast to, że zarobki rosły wtedy w granicach 5 proc., teraz ok. 8 proc., a dysproporcja zaczęła się pojawiać w kilka miesięcy po obniżeniu stóp procentowych. Znacznie wyższe niż teraz były wtedy realne stopy procentowe. Inaczej wyglądał też cykl gospodarczy, gdzie pod koniec 1995 r. ukształtowany został dołek. Teraz spowolnienie jest dopiero na horyzoncie. Jeśli się zmaterializuje, to trzeba się liczyć z tym, że rosnące zarobki wcale nie pociągną za sobą zwiększonych wydatków. Zamiast tego w obu dziedzinach będziemy mieć regres.