Co za kraj... To jest chore... Ale czad... Czy nie tak reagujecie Państwo na szopkę, w którą już całkowicie zamieniła się nasza polityka? Przyznaję, że skala głupoty wciąż zaskakuje mnie swym niekontrolowanym rozmachem. Ale tak naprawdę, to chyba nie mamy już prawa dziwić się niczemu, a szczególnie temu, że poziom tzw. publicznej debaty w Polsce tak szybko stacza się po równi pochyłej.
Nie mamy prawa się dziwić, bo przecież wszystko już było. Jakkolwiek by się człowiek przyglądał historii naszego narodu, trudno znaleźć jakiś dłuższy okres, w którym Polacy nie chcieliby sobie strzelić w stopę, kłócąc się i wyzywając nawzajem. Patrząc na kompromitację polityki, nie można dziwić się ani przegranym wojnom, ani przegranym pokojom, ani nieudanym powstaniom, ani wreszcie właściwie "tradycyjnemu" zapóźnieniu cywilizacyjnemu względem Zachodu. Bo lwią część swojej energii nasz naród zużywa na kopanie dołków i podcinanie gałęzi pod samym sobą. Od miesięcy politycy w maniakalnym wręcz szale robią wszystko co mogą, by coś popsuć, zniszczyć, rozwalić...
To, że gospodarka i rynek niewiele sobie z tego robią, wynika chyba wciąż ze złudnej nadziei, że ta cała heca to tylko taki marketingowy bajer polityków. Mnie to jednak na bajer nie wygląda. Wygląda to raczej na bardzo poważną rozróbę, która po kościach się nie rozejdzie, a z której naprawdę zadowoleni mogą być pewnie prezydenci Łukaszenka i Putin.
Mam wrażenie, że polityków - i to różnych opcji - ogarnęła pomroczność pospolita. Mamy bowiem niesłychany przecież festiwal głupoty, schizofrenicznych wymysłów i urojeń, zacietrzewienia i prywaty. Niestety, nie jestem wcale przekonany, czy wnioski z tej całej żenującej zabawy wyciągną wyborcy. Teoretycznie mogliby pokazać czerwoną kartkę już w planowanych wyborach samorządowych (nie mówiąc już o nieplanowanych, ale możliwych przecież wcześniejszych wyborach parlamentarnych). Bo przecież to właśnie ci sami wyborcy zafundowali świetne sejmowe stołki całej rzeszy kolesiów, którzy nie patrzą na żaden interes kraju, narodu czy takie tam. Jak nie można wypłynąć na pracy (bo ani wiedzy, ani kompetencji, ani chęci), to trzeba wypłynąć na zadymie. No to płyną...
Nie do końca poważny ten mój felieton. Ale na jedno muszę zwrócić uwagę zupełnie serio. Kto da gwarancję, że ewentualna dalsza eskalacja zadymy politycznej nie doprowadzi do rozruchów, do mordobicia, do wojny domowej? Odpukać. Jasne, że odpukać i jeszcze się przeżegnać. Ale nie wolno się łudzić, że krwawe scenariusze nas nie dotyczą. Tak byśmy znów nie zrobili z siebie udręczonego narodu wybranego, którego losem nawet pies z kulawą nogą nie będzie się interesował. Na zadymie w Polsce zarobi zaś układ. Nie ten urojony, ale realny. Układ, który dziwnym trafem od wieków co jakiś czas łączył interesy naszych sąsiadów ze Wschodu i Zachodu. I którego przejściowe osłabienie pozwoliło nam na ostatnie kilkanaście lat w miarę samodzielnego gospodarowania. Ale układ wiatrów już się zaczął zmieniać. Ogłuszeni wewnętrznym wrzaskiem możemy to łatwo przeoczyć.