Bank centralny podniósł wczoraj stopy procentowe z dotychczasowego poziomu 7,75 do 8 proc. To już piąte z rzędu posiedzenie węgierskiej rady polityki pieniężnej, na którym zapadła decyzja o podwyższeniu kosztu kredytu.
Zaskoczenia raczej nie było, bo taki scenariusz przewidywało aż 15 z 17 ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberga (dziewięciu z nich oczekiwało podwyżki o 25, a sześciu o 50 pkt bazowych). Mimo to wczoraj rano węgierska waluta traciła, reagując na zamieszki, które nasiliły się w poniedziałkowy wieczór podczas obchodów 50. rocznicy powstania przeciw władzy sowieckiej (w poniedziałek demonstranci domagający się ustąpienia premiera Ferenca Gyurcsanya przyczynili się do spadku forinta o 0,5 proc. - inne waluty regionu nie potaniały tak mocno). Po decyzji banku centralnego węgierski pieniądz podskoczył i był droższy o 0,4 proc. niż w poniedziałek. Za euro trzeba było zapłacić 262,8 forintów.
Decyzja banku centralnego jest podyktowana coraz szybciej rosnącymi cenami. We wrześniu inflacja wyniosła 5,9 proc. i była najwyższa od dwóch lat. - Te dane nieco zaskoczyły rynek - mówi Lars Christensen, ekonomista ds. rynków wschodzących w kopenhaskim Danske Banku.
Drożyznę nakręcają m.in. wyższe ceny regulowane i podatki, które wprowadza premier Ferenc Gyurcsany w ramach programu łatania największej w Europie dziury budżetowej (rząd szacuje, że deficyt w tym roku wyniesie 10,1 proc. PKB). Gabinet stara się zwiększać wpływy budżetowe również po to, by umożliwić krajowi jak najszybsze przyjęcie wspólnej waluty.
Euro jest jednak coraz dalej. Cel inflacyjny węgierskiego banku centralnego na ten rok to 2 proc., co wystarcza, żeby myśleć o wspólnej walucie. Gorzej, że jest on niewykonalny. - To oczywiste, że będzie bardzo trudno zdusić wzrost cen - mówi Christensen. Rada polityki pieniężnej obawia się, że prognoza z 28 sierpnia, która zakładała, że w pierwszych miesiącach przyszłego roku inflacja nie przekroczy 7 proc., a na koniec roku spadnie do 4,2 proc., jest już nieaktualna. - Stopy będą dalej iść w górę - podsumowuje Gergely Suppan, ekonomista Takarekbanku w Budapeszcie.