Lubię słuchać i czytać Rosjan. Mówią i piszą językiem niezwykłej urody. Soczystym i żywym. To nie są suche komunikaty, urzędowy bełkot, czy misterne literackie plecionki. To język prosty, lecz barwny i bogaty. A?la Wałęsa albo Czechow.
Rosjanie nie owijają w bawełnę. Nie silą się na dyplomatyczne metafory. Nie ubierają rzeczywistości w odświętne szaty. Wierzcie lub nie, naprawdę piszą i mówią nie tak, jak inni.
Ot, taki na przykład Siergiej Jastrzembski, doradca Putina. Jemu leży coś na wątrobie - schorowanej pewnie - i on to mówi. On ma niestrawność - i cały świat o tym wie. On... no, dajmy spokój. Gdyby nie ta przypadłość, pewnie zjadłby chętnie Polskę na obiad. Może nawet w towarzystwie swojego prezydenta. Oczywiście, zjadłby, gdyby mu ta Polska nie stała kością w gardle. Bo to nie jest tak, że on nie lubi polskiego mięsa. Czemuż miałby nie lubić? Kotlet, to przecież kotlet, choćby klasowo, czy politycznie obcy. Żadne tam ochłapy. Ale w kościach jest problem. Rosja ich sobie nie życzy. Miękkie łatwo przerobić, może by i uszło, ale z kością - już nie uchodzi.
"Kommiersant" słusznie pisze: przycisnęliście za mocno (ach, że my tak nie umiemy siedzieć cicho, ale przecież już Dostojewski wiedział, że Polacy to irytujący ludek) - no to macie. Wprawdzie pisze o gazie i negocjacjach PGNiG, ale gaz, czy mięso - jaka to różnica.
Ech, ta słowiańska urażona diabli wiedzą czym dusza. Ech, ten rozsądek w odstawce. A przecież interes mógłby się tak pięknie kręcić. Polityczny też. Nie szkoda Wam, drodzy rosyjscy przyjaciele?