Reklama

Ceny energii elektrycznej:czy grozi nam ich lawinowy wzrost?

Nad tym, czy ceny energii elektrycznej będą rosły, czy spadały, nikt już się w Polsce nie zastanawia. Wiadomo, że pójdą w górę. Pytanie tylko: o ile?

Publikacja: 29.11.2006 08:51

Ministerstwo Gospodarki zleciło przeprowadzenie analiz o kształtowaniu się cen prądu na polskim rynku. Symulacje miały pokazać, jak na ceny wpłyną przekształcenia w polskiej energetyce, które mają wkrótce nastąpić. Jednym z założeń jest zapotrzebowanie na energię elektryczną w Polsce wzrastające w tempie około 3 procent rocznie. W takich warunkach, według doradców resortu, przez najbliższych dziesięć lat stawki opłat za elektryczność dla ostatecznych odbiorców nie będą rosły w tempie szybszym niż ok. 3 proc. rocznie ponad inflację. Przy wzroście cen dóbr konsumpcyjnych kształtującym się na poziomie 2 proc. podwyżki stawek za prąd wyniosą ok. 5 proc. rocznie. Przedstawiciele sektora bankowego, z którymi rozmawiał "Parkiet", twierdzą jednak, że przy takiej stopie wzrostu trudno będzie elektrowniom wypracować rentowność, pozwalającą na łatwe zdobycie źródeł finansowania niezbędnych inwestycji. Dodają również, że koszty budowy nowych bloków energetycznych w Europie cały czas rosną. Najnowsze bloki wytwórcze w Europie Zachodniej powstają po kosztach szacowanych na 1,5 mln euro za jeden megawat. Dotychczas powszechnie przyjmowaną do szacunków ceną była o 50 proc. niższa. Jej wzrost został wywołany rosnącym popytem na nowe elektrownie.

Popyt nie jest bez granic

O potrzebie podnoszenia cen energii elektrycznej w Polsce najczęściej mówią przedstawiciele sektora wytwarzania. Ich zdaniem, obecne stawki są za niskie, przez co elektrownie są zbyt mało rentowne i przez to niedoinwestowane. Bardzo często pojawia się również argument, że skoro ceny energii elektrycznej są w Polsce o 30-40 proc. niższe niż w Europie Zachodniej, to tym bardziej jest miejsce na podwyżki. Jednak presję na wzrost cen hamuje Urząd Regulacji Energetyki. Prezes URE, prof. Leszek Juchniewicz, często podkreśla, że chociaż nominalne ceny prądu są u nas niższe niż w "starych" krajach Unii Europejskiej, to mamy też o wiele niższy średni dochód na mieszkańca. Okazuje się, że wydatki na prąd obciążają budżety polskich gospodarstw domowych bardziej niż w krajach Europy Zachodniej. Dlatego URE podkreśla, że jeśli ceny energii elektrycznej będą rosły zbyt szybko, to część społeczeństwa będzie ograniczać jej zużycie. Zdaniem regulatora, spółki energetyczne, chcąc pozyskać pieniądze na inwestycje, nie powinny liczyć wyłącznie na większe przychody powodowane wzrostem cen. Powinny również redukować koszty.

Taryfy pod ścisłym nadzorem

Teraz jest tak, że spółki dystrybucyjne i Polskie Sieci Elektroenergetyczne (odpowiedzialne za przesył) zgłaszają wnioski taryfowe do URE, a Urząd je zatwierdza. Jak wyliczył URE, przez to, że regulator ma kontrolę nad taryfami, ostatecznie odbiorcy systematycznie oszczędzają. Jak dużo? W latach 2001-2005 taryfy za przesył energii elektrycznej były obcinane średnio o ok. 3,6 proc. W efekcie w kieszeniach odbiorców pozostało ponad 6 mld zł.

Reklama
Reklama

Przedstawiciele URE podkreślają, że ich głównym zadaniem jest równoważenie interesów przedstawicieli branży energetycznej i ostatecznych odbiorców. Jednak postawa Urzędu nie jest popierana przez wielu przedstawicieli sektora energetycznego. Świadczyć może o tym dyskusja, jaka toczy się wokół tegorocznych problemów z dostawami prądu.

Kłótnie o ceny

Wyjątkowo upalne tegoroczne lato sprawiło, że na jaw wyszły wady krajowego systemu elektroenergetycznego. Polacy włączali klimatyzatory i zapotrzebowanie na prąd rosło. W pewnym momencie - dokładnie 26 czerwca - wstrzymano dostawy energii w północno-wschodniej części kraju. Do dzisiaj nikt nie potrafi jednoznacznie powiedzieć dlaczego. Zespół do zbadania przyczyn awarii, który powstał przy Ministerstwie Gospodarki, zakłada, że wina w dużej mierze leży po stronie URE. Dlaczego? We wstępnym raporcie zespół stwierdził m. in., że regulator zatwierdził zbyt niską cenę prądu wytwarzanego w tzw. wymuszeniu. Kiedy w kraju dochodzi do problemów z bezpieczeństwem dostaw energii, operator systemu przesyłowego ma prawo zobowiązać dobrze działające elektrownie do zapewnienia dostaw. Tyle że - zdaniem wytwórców - cena za to wyznaczona (nieco ponad 117 zł/MWh) nie wystarczy. Ministerstwo Gospodarki pod takim wnioskiem się podpisuje. Można zatem przypuszczać, że presja na wzrost cen energii elektrycznej zyskuje przynajmniej częściowe poparcie rządu.

Są blokady,

ale nie na zawsze

Obecnie obowiązujące przepisy ograniczają wzrost cen prądu dla odbiorców końcowych o najwyżej 3 proc. ponad poziom inflacji z poprzedniego roku. Mogłoby się zatem wydawać, że konsumenci są zabezpieczeni przed lawinowym wzrostem opłat za energię elektryczną. Na razie tak. Jednak Ministerstwo Gospodarki pracuje nad zmianami w prawie energetycznym. Nie wiadomo, jak zostaną w nim uregulowane kwestie cenowe. Z ustaleń "Parkietu" wynika, że resort chce odejść od obecnego systemu, w którym Urząd Regulacji Energetyki z wyprzedzeniem zatwierdza taryfy przesyłowe i dystrybucyjne na kolejny rok. Jest bardzo prawdopodobne, że już od 2008 r. spółki same będą ustalały opłaty. Regulator ma je weryfikować dopiero na zakończenie roku. Nie wiadomo jeszcze, jaką dowolność w wyznaczaniu cen dostaną firmy energetyczne, ale na pewno skorzystają z każdej możliwości do stopniowego podnoszenia stawek. Pojawiają się obawy, że jeśli spółki energetyczne będą wyznaczać taryfy na podstawie opracowywanych przez siebie prognoz, to przyjmą do nich pesymistyczne założenia. Nawet jeśli na koniec roku okaże się, że ceny były zbyt wysokie, to trudno będzie wyegzekwować zwrot nadpłaconych środków. Tomasz Kowalak, pełniący obowiązki dyrektora departamentu taryf w Urzędzie Regulacji Energetyki, ostrzegł w rozmowie z "Parkietem", że odbije się to na kieszeniach ostatecznych odbiorców.

Reklama
Reklama

Spółki chcą się zabezpieczyć

Już teraz z rynku płyną sygnały, że w związku liberalizacją rynku, która ma nastąpić w 2007 r., spółki chciałyby większych podwyżek cen energii. Od lipca, przynajmniej teoretycznie, wszyscy odbiorcy będą mogli dowolnie wybierać dostawcę prądu. W wielu spółkach dystrybucyjnych pojawiają się obawy o utratę klientów. Dodatkowo, w tym samym okresie, nastąpić ma również rozwiązanie kontraktów długoterminowych w elektroenergetyce. Najwięksi wytwórcy energii w kraju stracą dopłaty, które stanowią teraz zabezpieczenie kredytów bankowych. Jednak kontrakty długoterminowe (KDT) między wytwórcami a Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi muszą zostać rozwiązane. Komisja Europejska stwierdziła, że naruszają one zasady konkurencji na rynku. Wszczęła też przeciwko Polsce postępowanie, które ma wyjaśnić, czy KDT nie są niedozwoloną pomocą państwa.

Zdaniem Ministerstwa Gospodarki, rozwiązanie kontraktów długoterminowych nie spowoduje wzrostu cen energii. Co więcej, może się przyczynić do ich niewielkiego spadku. W jaki sposób? Teraz, przez to, że istnieją KDT-y, w opłatę za każdą megawatogodzinę kupowaną przez konsumenta wliczony jest tzw. składnik wyrównawczy (31 zł). Projekt ustawy o rozwiązaniu KDT-ów przewiduje, że niektóre kontrakty zostaną anulowane bez żadnej rekompensaty. W efekcie składnik wyrównawczy będzie wynosił tylko kilka złotych. To oznacza, że chociaż ceny dyktowane przez wytwórców wzrosną, to rozwiązanie kontraktów długoterminowych nie musi być dotkliwie odczuwane przez konsumentów.

Nie wiadomo,

jak będzie od stycznia

Urząd Regulacji Energetyki pracuje właśnie nad zatwierdzeniem taryf na przyszły rok. Analizuje wnioski taryfowe zgłoszone przez spółki dystrybucyjne. I chociaż zgodnie z przepisami ma na ich zatwierdzenie czas do 15 grudnia, to pojawią się obawy, czy regulator zdąży. Nowe taryfy powinny wejść w życie 1 stycznia 2007 r. Tymczasem przedstawiciele URE przyznają, że jeszcze nigdy nie było takich problemów z wyznaczaniem taryf, jak w tym roku.

Reklama
Reklama

Według przepisów, regulator najpierw zatwierdza taryfę dla PSE, a potem dla spółek dystrybucyjnych. Okazuje się jednak, że URE i spółka przesyłowa nie mogą dojść do porozumienia. Mówi się nawet, że sprawa może trafić do sądu. O co chodzi? O wspomniany już składnik ceny przesyłu - opłatę wyrównawczą. Urząd Regulacji Energetyki chce, aby była ona niższa już od przyszłego roku. Tymczasem PSE uważają, że przy obniżce poniosą straty. Dopóki nie dojdzie do porozumienia, nie wiadomo również, jak zatwierdzić taryfy dla dystrybutorów. Nie można wykluczyć, że jeszcze po nowym roku będą oni musieli posługiwać się obecnymi cennikami.

Tylko bez paniki

Prezes URE, Leszek Juchniewicz, uważa, że jest za wcześnie na wyrokowanie, o ile wzrosną ceny energii w przyszłym roku. "Zależą one nie tylko od oczekiwań wytwórców, ale również od zachowań innych uczestników rynku, w tym przede wszystkim spółek dystrybucyjnych, dokonujących zakupu na rynku hurtowym energii, przeznaczonej na potrzeby odbiorców końcowych. To m. in. od rezultatów negocjacji między wytwórcami a spółkami dystrybucyjnymi zależeć będą ceny energii w obrocie" - czytamy w wydanym przez niego komunikacie. Na razie zatem, chociaż występuje wiele czynników wywierających presję na wzrost cen, są też przesłanki, by sądzić, że opłaty w Polsce po prostu nie mogą rosnąć w lawinowym tempie. Przynajmniej 2007 rok do rewolucji cenowej nie powinien doprowadzić.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama