Ostatnia w listopadzie sesja rozpoczęła się na Wall Street na poziomach zbliżonych do tych ze środowego zamknięcia. Zaraz po 16.00 jednak przewagę zdobyły niedźwiedzie. Pretekst do sprzedaży akcji dała publikacja listopadowego indeksu Chicago PMI. Wskaźnik, obrazujący kondycję sektora produkcyjnego w okolicach Chicago, niespodziewanie spadł do 49,9 pkt (oczekiwano wzrostu do 54,5 pkt). Tym samym, pierwszy raz od 3,5 roku, zasygnalizował on, że sektor wytwórczy w tamtym rejonie znalazł się w recesji.
Fatalne dane z USA nie muszą jednak automatycznie oznaczać spadków. Amerykańscy gracze już wielokrotnie pokazali, że interpretują je na sobie tylko wygodny sposób. Stąd też nie jest im obce, dość pokrętne rozumowanie, że im gorzej, tym lepiej. I nawet najgorsze dane mogą być powodem do kupna, gdyż zwiększają one szanse na szybkie obniżki stóp procentowych przez Fed.
Tym razem nie można wykluczać, że również wczorajszych słabych danych dziś już nikt nie będzie pamiętał. W końcu rynek jest emocjonalny, a nie logiczny. Stąd też logiczne myślenie może zostać wyłączone przez emocjonalne oczekiwania na to, że akcje będą drożeć. W końcu napływające na początku każdego miesiąca nowe środki do funduszy inwestycyjnych, rajd Św. Mikołaja czy wreszcie efekt stycznia, to wszystko argumenty przemawiające za wzrostami. I nic nie szkodzi, że te "rynkowe prawidła" nie są statystycznie potwierdzone.
Aktualna sytuacja techniczna na wykresach głównych amerykańskich indeksów, na razie nie uzasadnia jeszcze masowej wyprzedaży akcji. Brak jest wyraźnych sygnałów odwrócenia trendu. Za takie bowiem nie można uznać ani dość powszechnych negatywnych dywergencji wskaźników z wykresami S&P500, DJIA czy Nasdaq
Composite, czy też spadku MACD poniżej średniej. To wszystko wciąż są tylko ostrzeżenia. Konieczne jest kilka dni mocnych spadków, żeby zostały wygenerowane korzystne dla podaży sygnały.