Piątkowe notowania potwierdziły wnioski z poprzednich dni. Nasz rynek jest silny, zagraniczne parkiety przeżywają zadyszkę, obawy dotyczące koniunktury gospodarczej na świecie wywierają presję na rynek towarów. Siła warszawskiej giełdy przejawiała się w odporności na spadek. Mimo, że WIG20 tracił w ciągu dnia prawie 1 proc. widać było, że jest to wynikiem cofnięcia się popytu, a nie naporu podaży. Aktywność inwestorów pozostawiała wiele do życzenia i nie ulegało wątpliwości, że niewiele potrzeba do odrobienia strat. To się potwierdziło po publikacji raportu z rynku pracy w USA, kiedy indeks z łatwością zbliżył się do czwartkowego zamknięcia. Ostatecznie jednak WIG20 stracił ponad 0,4 proc., na co złożyły się głównie wyraźna zwyżka PKO BP i zauważalne spadki Pekao, PKN, TP oraz KGHM.
Ostatnia sesja tygodnia pozostawiła nas więc w niepewności co do dalszej koniunktury. Ustanowienie nowego rekordu przez WIG20 kształtuje dobre nastroje, ale sposób w jaki do tego doszło nie pozwala na pełen optymizm. Spora część rynku nie uczestniczyła w zwyżce. Liczba spółek, które przez ostatni tydzień zyskały na wartości była tylko nieznacznie większa od tych, których notowania spadły. Obroty pozostawały dość ograniczone. Impuls do przekroczenia majowej górki dał przede wszystkim PKO BP, a reszta dużych firm jedynie podążyła jego śladem. Słabo wypadł bilans tygodnia na rynku miedzi. Jej cena znów wróciła poniżej 7 tys. USD za tonę, co podtrzymuje zagrożenie atakiem na kluczowe w dłuższym terminie wsparcie przy 6,5 tys. USD za tonę.
W coraz większym stopniu na warszawskiej giełdzie zarysowuje się tradycyjny dylemat inwestorów opierający się na dwóch czynnikach: żądzy zysku i strachu przed stratą. W pierwszym przypadku na wyobraźnie oddziałuje to ile można było w ostatnich miesiącach zarobić. Z drugiej strony skala wzrostu i długość jego trwania - szczególnie w segmencie mniejszych spółek i sektorze bankowym - powodują, że zdecydowaną realizację zysków należałoby przyjąć jako coś normalnego w tej sytuacji.