Ceny ropy naftowej wczoraj ponownie wzrosły powyżej 63 dolarów. Inwestorzy są przekonani, że nie ma szans na zjazd cen, który mógłby być kontynuacją przeceny obserwowanej w sierpniu i wrześniu, ponieważ zapasy surowca na świecie zaczęły spadać, choć jeszcze niedawno dynamicznie rosły.

Do zmiany tendencji przyczynił się m.in. kartel OPEC, który od początku listopada zmniejszył poziom dostaw na rynek o 1,2 mln baryłek ropy (choć faktycznie redukcje okazały się mniejsze). W poprzedni czwartek kartel zdecydował, że po raz kolejny ograniczy produkcję od

początku lutego, kiedy minie zima na półkuli północnej. Podaż ma spaść o pół miliona baryłek. W Stanach Zjednoczonych, które są największym konsumentem ropy naftowej na świecie, zapasy ropy naftowej zmniejszyły się w minionym tygodniu o 6,3 mln baryłek, czyli znacznie więcej od 1,7 mln spodziewanych przez analityków. Amerykańskie rafinerie musiały sięgać po rezerwy z powodu intensywnych mgieł w rejonie Zatoki Meksykańskiej, które uniemożliwiały odbiór ropy z tankowców. Poziom zapasów ropy naftowej wciąż jest o 4 proc. wyższy niż w zeszłym roku, ale mniejsze od zeszłorocznych są rezerwy benzyny i destylatów, czyli oleju opałowego i napędowego. W sumie zapasy są w przeliczeniu tylko o pół miliona baryłek ropy wyższe od zeszłorocznych, choć jeszcze we wrześniu nadwyżka sięgała 76 mln

baryłek. Środowe dane z Japonii potwierdziły, że także i tam rezerwy ropy i jej pochodnych się kurczą.

W Londynie za baryłkę gatunku Brent płacono po południu po 63,05 USD, o 0,4 proc. więcej niż we wtorek. W ostatnich dniach tylko w piątek - dzień po spotkaniu OPEC - ropa była droższa i kosztowała po 63,5 USD za baryłkę.