Takiej korzystnej koniunktury polska gospodarka nie doświadczała od dziesięciu lat. Według rządowych prognoz, tegoroczny wzrost produktu krajowego brutto może sięgnąć 5,6-5,7 proc. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na wzrostowy etap cyklu w przemyśle nałożyły się korzystne trendy w budownictwie. Spada bezrobocie, rosną wpływy podatkowe, indeksy giełdowe biją rekordy za rekordem. Nic więc dziwnego, że ekonomiści zaczynają mówić o "wzlatującym polskim orle", a święta Bożego Narodzenia upłyną pod znakiem optymizmu. Wielu inwestorów pyta więc, ile jeszcze będzie takich "tłustych lat", jak kończący się 2006 rok.
Trudna analiza cykli
O tym, że wszystko, co dobre, kończy się, przekonał się już biblijny faraon, śniąc o siedmiu tłustych i siedmiu chudych krowach. Księga Rodzaju zawiera jedną z pierwszych lekcji o cyklach koniunkturalnych. Podobne siedmioletnie okresy lepszej i gorszej dynamiki gospodarczej zauważył w XIX wieku francuski doktor Clément Juglar. Sugerował, że zmiana trendów ekonomicznych uzależniona jest od pojawiania się nowych maszyn i urządzeń w fabrykach - a więc od wzrostu produktywności. Gdyby tak rzeczywiście było, powinniśmy spać spokojnie - od stycznia do września 2006 r. nakłady inwestycyjne polskich firm wyniosły niemal 50 mld zł - 20 proc. więcej niż rok wcześniej.
Problem w tym, że teoria Juglara nie jest jedyną. Brytyjski statystyk Joseph Kitchin twierdził w latach 20., że średni cykl koniunkturalny trwa 2-3 lata - mniej więcej tyle trwa bowiem wyprzedaż zapasów z magazynów. W myśl tej koncepcji nasza sytuacja nie wygląda już tak różowo. W listopadzie produkcja sprzedana przemysłu okazała się niższa od przewidywań analityków, co może oznaczać, że składy przedsiębiorstw znów zaczynają się "zatykać".
Teoria teorią, a praktyka praktyką. Ekonomiści zgodni są w opinii, że dla tak młodej gospodarki rynkowej, jaką mamy w Polsce, przewidywanie "górek" i "dołków" koniunkturalnych jest w zasadzie niemożliwe. Wystarczy bowiem spojrzeć na wykres dynamiki PKB za ostatnie kilkanaście lat, by przekonać się, że żadnej regularności nie da się zauważyć. Dociekliwym uda się może dostrzec jeden pełny cykl - od okresu silnej dekoniunktury w początkowych latach transformacji do ponownego spowolnienia w latach 1999-2002. Gdyby przyjąć, że między kryzysami w polskiej gospodarce mija mniej więcej dziesięć lat, mielibyśmy wówczas jeszcze przynajmniej pięć lat spokoju. Warto jednak pamiętać, że problemy pod koniec lat 90. wywołały raczej czynniki zewnętrzne - głównie załamanie rynku rosyjskiego. Niewykluczone zatem, że gospodarka może zwolnić w zupełnie innym momencie. Tym bardziej że większość naszego eksportu trafia na rynki europejskie.