Reklama

Wzrost co najmniej na trzy Gwiazdki

Ministerstwo Finansów ocenia, że wzrost gospodarczy przekraczający 5 procent rocznie powinien się utrzymać co najmniej przez trzy najbliższe lata. Są podstawy, by sądzić, że nie są to tylko pobożne życzenia

Publikacja: 23.12.2006 12:49

Takiej korzystnej koniunktury polska gospodarka nie doświadczała od dziesięciu lat. Według rządowych prognoz, tegoroczny wzrost produktu krajowego brutto może sięgnąć 5,6-5,7 proc. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na wzrostowy etap cyklu w przemyśle nałożyły się korzystne trendy w budownictwie. Spada bezrobocie, rosną wpływy podatkowe, indeksy giełdowe biją rekordy za rekordem. Nic więc dziwnego, że ekonomiści zaczynają mówić o "wzlatującym polskim orle", a święta Bożego Narodzenia upłyną pod znakiem optymizmu. Wielu inwestorów pyta więc, ile jeszcze będzie takich "tłustych lat", jak kończący się 2006 rok.

Trudna analiza cykli

O tym, że wszystko, co dobre, kończy się, przekonał się już biblijny faraon, śniąc o siedmiu tłustych i siedmiu chudych krowach. Księga Rodzaju zawiera jedną z pierwszych lekcji o cyklach koniunkturalnych. Podobne siedmioletnie okresy lepszej i gorszej dynamiki gospodarczej zauważył w XIX wieku francuski doktor Clément Juglar. Sugerował, że zmiana trendów ekonomicznych uzależniona jest od pojawiania się nowych maszyn i urządzeń w fabrykach - a więc od wzrostu produktywności. Gdyby tak rzeczywiście było, powinniśmy spać spokojnie - od stycznia do września 2006 r. nakłady inwestycyjne polskich firm wyniosły niemal 50 mld zł - 20 proc. więcej niż rok wcześniej.

Problem w tym, że teoria Juglara nie jest jedyną. Brytyjski statystyk Joseph Kitchin twierdził w latach 20., że średni cykl koniunkturalny trwa 2-3 lata - mniej więcej tyle trwa bowiem wyprzedaż zapasów z magazynów. W myśl tej koncepcji nasza sytuacja nie wygląda już tak różowo. W listopadzie produkcja sprzedana przemysłu okazała się niższa od przewidywań analityków, co może oznaczać, że składy przedsiębiorstw znów zaczynają się "zatykać".

Teoria teorią, a praktyka praktyką. Ekonomiści zgodni są w opinii, że dla tak młodej gospodarki rynkowej, jaką mamy w Polsce, przewidywanie "górek" i "dołków" koniunkturalnych jest w zasadzie niemożliwe. Wystarczy bowiem spojrzeć na wykres dynamiki PKB za ostatnie kilkanaście lat, by przekonać się, że żadnej regularności nie da się zauważyć. Dociekliwym uda się może dostrzec jeden pełny cykl - od okresu silnej dekoniunktury w początkowych latach transformacji do ponownego spowolnienia w latach 1999-2002. Gdyby przyjąć, że między kryzysami w polskiej gospodarce mija mniej więcej dziesięć lat, mielibyśmy wówczas jeszcze przynajmniej pięć lat spokoju. Warto jednak pamiętać, że problemy pod koniec lat 90. wywołały raczej czynniki zewnętrzne - głównie załamanie rynku rosyjskiego. Niewykluczone zatem, że gospodarka może zwolnić w zupełnie innym momencie. Tym bardziej że większość naszego eksportu trafia na rynki europejskie.

Reklama
Reklama

Ekonomistom trudno jednak na razie oszacować, jak zawirowania w krajach Unii odbijają się na naszej gospodarce. Brakuje im historycznych danych. Wiadomo jednak, że najwięcej zależy od naszego głównego odbiorcy - Niemiec. Dopóki gospodarka za Odrą ma się dobrze (tegoroczny wzrost będzie tam relatywnie wysoki - 2,4 proc. PKB), możemy być o sytuację zewnętrzną spokojni. Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Bank Światowy przewidują wprawdzie spowolnienie światowej koniunktury w 2007 r., ale w 2008 r. wzrost ma być znowu lepszy.

Jak długo działa unijny

impuls?

W takich okolicznościach Ministerstwo Finansów zaprezentowało pod koniec listopada prognozy PKB na trzy kolejne lata - każdorazowo ponad 5 proc. PKB. Optymistyczne szacunki zawarte w programie konwergencji wiązane są z przewidywaną poprawą na rynku pracy i dalszym wzrostem nakładów inwestycyjnych w gospodarce. MF założyło coraz szybszy wzrost spożycia gospodarstw domowych (w 2009 r. dynamika ma sięgnąć 5,6 proc.) i utrzymujący się wysoki popyt zewnętrzny. Dodatkowy impuls popytowy wygenerować mają planowane obniżki składki rentowej w latach 2008-2009 (dwukrotnie o 3 pkt proc.). Zdaniem resortu, coraz ważniejszą rolę w tworzeniu PKB będą miały transfery z Unii Europejskiej i coraz lepsze wykorzystanie tych pieniędzy. Dzięki nim udział inwestycji w produkcie krajowym brutto ma się zwiększyć z 18,2 do 23,6 proc. Co więcej, MF spodziewa się, że fundusze unijne oddziaływać będą pozytywnie na gospodarkę w kolejnych latach. - Fundamenty wzrostu są stabilne i powinniśmy praktycznie przez całą nową perspektywę finansową - czyli lata 2007-2013 - utrzymywać się w obszarze wyższych wskaźników wzrostu - stwierdziła na początku grudnia wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska.

Akcesja do UE nie w każdym przypadku wywoływała długoletni wzrost gospodarczy. W przypadku Hiszpanii PKB zwiększał się dynamicznie tylko w pierwszych trzech latach członkostwa (1986-1989). Boom w Portugalii trwał o rok dłużej. Z kolei Grecja po akcesji w 1981 r. czekała dwa lata na wyjście z zapaści gospodarczej. Lepsza koniunktura nie trwała jednak długo - niecałe trzy lata.

Uwaga na inflację

Reklama
Reklama

W porównaniu z poprzednimi krajami wchodzącymi do UE, sytuacja państw Europy Środkowej i Wschodniej jest niezwykła. Tylko Węgry i Słowenia osiągają w ostatnich latach dynamikę PKB mniejszą niż 4 proc. Aplikujące do Unii Rumunia i Bułgaria rozwijają się w tempie 6-7 proc. Dwucyfrowe rekordy biją kraje bałtyckie. Nic więc dziwnego, że tak wysokie tempo całego regionu budzi obawy przed przegrzaniem koniunktury i wzrostem inflacji. To będzie jeden z ważniejszych czynników, obserwowanych przez ekonomistów w 2007 r. Na razie przeważają opinie, że Rada Polityki Pieniężnej zachowa "gołębią" twarz. I w przyszłym roku możemy być świadkami tylko jednej, najwyżej dwóch podwyżek stóp procentowych. Największym zagrożeniem dla inflacji może być jednak rosnąca presja na wzrost płac. Bezrobocie spadło od początku roku o ponad 0,5 mln osób. Szczególnie groźny jest tzw. efekt migracyjny, który wzmacnia oczekiwania podwyżkowe na dwa sposoby: z Polski wyjeżdżają najbardziej wykwalifikowani pracownicy, a pozostali domagają się wyższych wynagrodzeń, słysząc, ile zarabiają ich koledzy za granicą. Na razie procesy inflacyjne hamuje wzrost produkcyjności pracy.

Gospodarka dopiero się

reguluje

Część analityków jest zdania, że dopiero teraz wchodzimy w taki etap rozwoju gospodarczego, który pozwoli nam przewidywać przyszłość w średnim lub długim okresie. Według National Bureau of Economic Research, w najbardziej dojrzałej gospodarce amerykańskiej długość cyklu wynosi średnio 40-50 miesięcy. Ale w ostatnim dziesięcioleciu znacznie się wydłużył. Jeszcze trudniej obliczyć analogiczny okres dla Unii Europejskiej - szczególnie że gospodarka brytyjska i hiszpańska rozwijały się w odmiennym tempie. Duża część ekonomistów jest zdania, że nawet teraz w strefie euro państwa rozwijają się w dużym stopniu według indywidualnych wzorców. Zmienić to może dopiero wspólna polityka fiskalna, bazująca na kryteriach z Maastricht (utrzymanie deficytu, długu publicznego i inflacji w ryzach). Polska jest już blisko ich spełnienia. Tegoroczny niedobór budżetu będzie o kilka miliardów złotych mniejszy, niż zaplanowane 30,55 mld zł.

Od tego momentu polityka gospodarcza stać się więc może bardziej przewidywalna. Podobnie jak ewentualne cykle koniunkturalne.

Czy na pewno 5 proc.?

Reklama
Reklama

Rozmaite instytucje analityczne zgodne są co do ogólnego, pozytywnego trendu rozwoju polskiej gospodarki. Większe dyskusje budzi prognozowana skala dynamiki PKB. Komisja Europejska już nieraz wytykała nam nadmierny optymizm, sugerując, że przemysł nie jest gotowy na ciągłe zwiększanie potencjału. Warto jednak pamiętać, że to Bruksela w ostatnich latach nie doszacowywała parametrów naszej gospodarki.

Ekonomiści argumentują niekiedy, że rząd nie jest wiarygodny w szacowaniu wzrostu PKB, bo to jemu właśnie najbardziej zależy na korzystnych wskaźnikach. Z drugiej strony, to resort finansów dysponuje najbardziej aktualnymi informacjami na temat kondycji przedsiębiorstw czy popytu wewnętrznego. Taka jest bowiem "uboczna" korzyść nadzorowania prac urzędów skarbowych. Poza tym krajowi urzędnicy mają lepsze (nieformalne) kontakty z GUS-em niż większość analityków zagranicznych czy banków. Prognozy MF mają jeszcze jeden atut - kto, jeśli nie rząd, wie o planach zmian legislacyjnych wpływających na gospodarkę. Z tego też powodu dane makroekonomiczne podawane przez ministerstwo są dokładnie analizowane przez rynek.

Kolejni szefowie resortu polubili przymiotnik "ostrożny". Takie są, ich zdaniem, projekty budżetów, takie są też projekcje wskaźników gospodarczych. Szacunki innych instytucji są jednak jeszcze bardziej ostrożne. Dopiero ostatnio rynkowe prognozy wzrostu PKB na 2007 rok zaczęły przekraczać 5 proc.

Nikt praktycznie nie chce prognozować sytuacji gospodarczej w 2009 roku. Dlatego trudno zweryfikować rządowe szacunki wzrostu PKB (5,6 proc.). Większość analityków uważa, że trzy lata to zbyt odległy okres, by dało się przewidzieć tendencje. - Nie jesteśmy wróżkami, tylko ekonomistami - odpowiadają.

Wypada zatem tylko wierzyć, że rząd nie pomyli się na niekorzyść.

Reklama
Reklama

Komentarze

James Owen

analityk

Economist

Intelligence Unit

Reklama
Reklama

Wiele zależy od presji płacowej

i jej wpływu na inflację

W dłuższym okresie - np. dwudziestu pięciu lat - utrzymanie w Polsce wzrostu gospodarczego na poziomie 5 proc. PKB nie jest możliwe,

m.in. ze względu na pogarszającą się strukturę demograficzną.

Ale przez kilka następnych lat zachowanie wysokiej dynamiki PKB

Reklama
Reklama

jest realne. Wszystko będzie zależeć od tego, czy poprawiająca się

sytuacja na rynku pracy i zmniejszanie się bezrobocia nie doprowadzą do dużej presji inflacyjnej. Gdyby tak się stało, bank centralny będzie zmuszony reagować, podnosząc stopy procentowe. To obniży skłonności inwestycyjne przedsiębiorstw i w konsekwencji może doprowadzić do schłodzenia gospodarki. Przyszły rok wydaje się jeszcze bezpieczny, jeżeli chodzi o tempo wzrostu PKB. Nie oznacza to jednak,

że inwestorzy nie powinni ostrożnie analizować sytuacji na rynku pracy.

Innym ważnym czynnikiem wpływającym na rozwój gospodarczy

będzie sposób wydatkowania funduszy unijnych przez Polskę. Okaże się wkrótce, czy dobór priorytetów będzie generować szybszy wzrost.

Mniejsze znaczenie przywiązywałbym do czynników zewnętrznych.

Choć nasz Instytut prognozuje lekkie spowolnienie światowej

gospodarki w 2007 r. (z 4 proc. wzrostu w tym roku do 3,2 proc.),

to nie sądzę, by mogło to negatywnie oddziaływać na Polskę.

W strukturze PKB Waszego kraju wciąż duże znaczenie odgrywa bowiem popyt wewnętrzny.

Katarzyna Zajdel-Kurowska

główna

ekonomistka Banku

Handlowego

Ostatni rok pokazał, że w gospodarce wszystko jest możliwe, zwłaszcza że nikt chyba nie spodziewał się takiej koniunktury. Dane makroekonomiczne wskazują, że Polska na dobre weszła w okres wysokiego wzrostu gospodarczego. Jednak trudno oczekiwać, że przez kolejne kilka lat utrzyma się on na tak wysokim poziomie. Głównym ryzykiem są gorsze perspektywy wzrostu gospodarki światowej, co może niekorzystnie odbić się na polskim eksporcie. Dlatego jedyną szansą na utrzymanie stabilnego wzrostu PKB jest dalszy wzrost nakładów inwestycyjnych. Jeżeli Polska skorzysta z olbrzymiej szansy wynikającej z naszego członkostwa w Unii Europejskiej i efektywnie wykorzysta środki przeznaczone na rozwój i inwestycje, to czeka nas długoletnia hossa. Jednak aby było to możliwe, należy pomóc tej szansie i zlikwidować bariery administracyjno-prawne, skutecznie hamujące proces inwestycyjny w ostatnich latach.

Mirosław Gronicki

doradca

ekonomiczny Goldman Sachs, były

minister Warto postarać się o więcej

Stabilny wzrost na poziomie 5 proc. jest możliwy. Wymaga to jednak pewnych korekt w polityce gospodarczej. Jest wiele czynników, które hamują inwestycje. Zmiany instytucjonalne nie zostały dokończone, przez co mamy niedopracowane instytucje. Należy także uprościć system podatkowy - aby zachęcał, a nie zniechęcał do podejmowania pracy i nie zmuszał wiele osób do przechodzenia w szarą strefę.

Dzięki integracji z Unią Europejską Polska unika wielu rodzajów ryzyka związanych z odpływem inwestycji portfelowych. Pokazuje to kryzys polityczny na Węgrzech, który nie skończył się przecież żadnym krachem na budapeszteńskiej giełdzie czy kompletnym załamaniem kursu forinta. Na tym polu możemy być więc względnie spokojni.

Najbardziej interesującą sprawą są jednak nie inwestycje portfelowe, ale bezpośrednie, które znacznie bardziej oddziałują na realną gospodarkę. W tej sferze objawiają się niedociągnięcia instytucjonalne i braki infrastrukturalne.

Wzrost na poziomie 5 proc. może cieszyć, ale oznacza on, że za trzy lata wciąż będziemy pozostawać najbiedniejszym krajem regionu, z PKB na głowę mieszkańca niewiele przekraczającym połowę średniej unijnej. Dlatego warto zastanawiać się, jak jeszcze bardziej zdynamizować

gospodarkę.

751,2 - tyle nominalnie wyniósł polski produkt krajowy brutto za trzy

kwartały

tego roku. W praktyce oznacza to, że po raz

pierwszy w całym 2006 r. PKB przekroczy 1 bln zł. Możliwości dalszego wzrostu gospodarki są też duże. Stopy procentowe NBP utrzymują się na historycznie niskim poziomie, mamy też rekordowe inwestycje przedsiębiorstw i świetne

nastroje na giełdzie.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama