Wczoraj leczyliśmy kaca po wtorkowej imprezie "niedźwiedzi". Czarny wtorek doprowadził do spadku wartości akcji notowanych na światowych rynkach o około 1 bln USD. Takie wydarzenia budzą z oczywistych względów ogromne emocje. Inwestorzy na całym świecie przeżywają takie sesje tylko kilka razy w swoim giełdowym życiu. Do tego każdy spadek o tak dużej dynamice na wszystkich światowych parkietach miał w ostatnich latach inne podłoże i trudno porównywać np. 11 września, czy pękanie bańki internetowej do wtorkowego załamania zainicjowanego przez mini krach w Szanghaju. Spadek cen akcji na światowych giełdach mógł spowodować, że inwestorom umknęły dość istotne dane z amerykańskiego rynku nieruchomości. Wtorkowy Case-Shiller index uznawany za najbardziej wiarygodny wskaźnik cen na rynku nieruchomości pokazał, że w IV kw. zeszłego roku ceny domów spadły w Stanach o 0,7 proc., co jest najgorszym wskaźnikiem od prawie 15 lat. Licząc rok do roku ceny wzrosły tylko 0,4 proc. i wartość ta systematycznie spada od pięciu kwartałów, zmierzając nieuchronnie ku ujemnym wartościom w 2007 r. Zresztą wystarczy uwzględnić inflację, by ceny domów faktycznie spadły o 1,6 proc. w zeszłym roku, a w dziesięciu największych miastach aż o 2 proc. Dane te stały się szczególnie istotne właśnie w świetle załamania na rynku akcji. Amerykański "efekt bogactwa" podtrzymywał wydatki konsumentów i tym samym nakręcał wzrost gospodarczy. Teraz oba filary utrzymujące wydatki na wysokich poziomach zostały ukruszone, przed czym bardzo długo rynek sztucznie (swoim optymizmem) bronił B. Bernanke. Na prowadzenie w wyścigu o największy autorytet jako szef Fed wysunął się znowu A. Greenspan, którego szansę na samospełniającą się prognozę o recesji pod koniec roku znacznie wzrosły (Chicago PMI znowu poniżej 50 pkt - bariery recesji). Jednak mimo tak drastycznego pogorszenia klimatu inwestycyjnego wokół rynków wschodzących straszyć teraz nie zamierzam. Tak gwałtowne wyprzedaże zawsze po brzegi wypełniają grono pesymistów (szczególnie po zeszłorocznej wyprzedaży maj/czerwiec), a ja tłoku staram się raczej unikać. Mnie do trwałych głębszych spadków bardziej zachęca kilka sesji 

po 1-2 proc. na minusie, niż jednorazowe, tak druzgocące przeceny. W pierwszym przypadku przewagę ma wyraźnie podaż, a w drugim z reguły emocje.