Obecny rząd, inaczej niż poprzednie - często posępne i przygnębiające, podzielić można nie tylko na ministerstwa poważne, ale i mniej poważne. Do pierwszych zaliczam np. resort finansów, gospodarki czy skarbu, a do drugich - rolnictwa z latającymi po korytarzach helikopterami, czy edukacji z listą lektur. Nie chodzi przy tym o to, kto czym się zajmuje - cały rząd zajmuje się sprawami najwyższej wagi państwowej. Idzie raczej o to, jak to robi, a więc o - nazwijmy to tak - kulturę pracy.
Problem w tym, że granice między z definicji śmiesznymi resortami a śmiertelnie poważnymi, zacierają się, niestety. Mam na myśli naprawdę poważne urzędy. Resort skarbu? Gospodarki? Finansów? Też myślałem, że to poważne ministerstwa. Ale ostatnie doniesienia temu przeczą. Już widzę niepozorną panią urzędnik przemykającą pustymi, mrocznymi korytarzami z paczką dokumentów poupychanych w okolicy najintymniejszych części ciała, byleby tylko nie dojrzało ich sokole oko strażników. I widzę, na co dzień odrętwiałego, wartownika, który nagle, przypominając sobie trzy miesiące służby zasadniczej w oddziałach policyjnej prewencji lub pokaz sztuk walki w wykonaniu spadochroniarzy z Podhala, niepomny bólu stawów i ciężkawego brzucha, tygrysim skokiem i psim swędem dopada owej urzędniczki, krępuje, knebluje i na końcu wyciąga jej zza pazuchy - zachowując granice dozwolonego przymusu bezpośredniego i politycznej poprawności - to, czego nie powinna mieć przy sobie.
Najskrytsze finansowe tajemnice. Tym razem uratowane. Skąd u niego taka intuicja? Skąd dokumenty poufne w miejscach przywykłych pewnie do innej pieszczoty? Swoją drogą szkoda, że strażnik ten nie pracował w resorcie skarbu, kiedy wyciekały stamtąd dokumenty prywatyzacyjne, o czym niedawno raportowaliśmy.
Co zamierzała schwytana na gorącym uczynku urzędniczka, Bóg raczy wiedzieć. Ale niezwykłe są reperkusje - listy z żądaniem wyjaśnień wysłane przez szefa nadzoru finansowego do wielu poważnych osób na jak najpoważniejszych stanowiskach oraz skierowane w załączeniu do jeszcze poważniejszych instytucji w państwie.
A w tle dymisja jego zastępcy, zarazem bliskiego współpracownika. I zdumiewająca reakcja na te listy - cisza. To układa się w jakąś niewiarygodną wręcz historię. Mam tedy nadzieję, że nie były to listy pisane na Berdyczów i sprawa nie zniknie za murem milczenia ABW albo innej instytucji, której żadną miarą powagi, a przynajmniej czarnego humoru, nie można odmówić. Taka sprawa powinna być wyjaśniana publicznie i ja na te wyjaśnienia czekam równie niecierpliwie, jak na tłumaczenie kolejnego tomu przygód Harry?ego Pottera.