Zarówno politycy, jak i sprzedawcy produktów finansowych z szeroką swobodą interpretacji eksploatują historyczne wskaźniki gospodarki. Sukces zainteresowanych dyskontowaniem przeszłości zależy od umiejętnej prezentacji argumentów, tak aby niezaprzeczalny ciąg faktów domniemywał dalsze konsekwencje. Dla reklamodawcy nie jest konieczne, by generowane przez przekaz przekonania odpowiadały rzeczywistej ocenie sytuacji, byle prowadziły do celu wyznaczonego w kampanii. Takim celem nie jest ani rzetelna ocena przeszłości, ani prawidłowa prognoza przyszłych zdarzeń. Liczy się doraźny efekt, określony zachowaniami grupy docelowej przekazu.

Nie sposób zaprzeczyć istnieniu wysokiego tempa wzrostu PKB czy spektakularnym zyskom z inwestowania na giełdzie. Obecnie jest to równolegle wykorzystywane zarówno na potrzeby polityków, jak i przez sektor bankowo-ubezpieczeniowy. Wolumen sprzedaży produktów finansowych jest ściśle powiązany z oceną przeszłości i postrzeganiem perspektyw. Jednocześnie, kampania wyborcza, która odwołuje się do wzrostu PKB, wspiera budowanie obrazu przyszłości, jaki leży w interesie sprzedawców kredytów i jednostek uczestnictwa funduszy. Niekoniecznie jest to obraz prawdziwy. Wzmożona siła równoległej prezentacji podobnych argumentów stwarza ryzyko błędnej oceny własnej zdolności kredytowej czy potencjału wzrostów na giełdzie, zaniża awersję do ryzyka i sprzyja tworzeniu bąbli spekulacyjnych.

Analiza niektórych danych wydaje się potwierdzać istnienie czynników budujących trendy dobrze rokujące na przyszłość. Twórcy kampanii wyborczych, posługując się zestawianiem dzisiejszych wskaźników z tymi sprzed dwóch czy pięciu lat, tworzą wytrych prognostyczny - który jest łatwy do zrozumienia przez słabo wyedukowaną ekonomicznie większość społeczeństwa. Proste analizy są nośne medialnie, szczególnie jeśli łączą się w domniemany układ zazębiających się ze sobą informacji.

Jednak uproszczone porównania nie uwzględniają czynników sprawczych i wzajemnych zależności. Przesłaniają sprzeczność wniosków, które mogłyby płynąć z zastosowania podobnej metodologii do mniej jednostronnej oceny przeszłości.

Kontynuacji pozytywnych trendów może towarzyszyć pogłębianie zjawisk negatywnych, których istnienie nie jest tak szeroko nagłaśniane. Te zaś wykluczają lub znacznie utrudniają realizację scenariuszy, które są domniemaną treścią wspomnianych na wstępie spotów reklamowych. Pięć lat temu nawet najśmielsi optymiści nie prognozowali czterokrotnego wzrostu wartości indeksu WIG. Kolejne pięć lat to okres często podawany przez rząd jako potrzebny do zakończenia niezbędnych reform gospodarczych. Rok 2012 wyznacza również datę organizacji finałów piłkarskich mistrzostw Europy i jeden z przypuszczalnych terminów zastąpienia złotego europieniądzem. Równie długi jest okres zalecany przez część sprzedawców produktów inwestycyjnych jako minimalny dla inwestowania w akcje. Kumulację wzajemnie wspierających się dat i argumentów dopełnia nagłośnienie osiągnięć gospodarczych minionej pięciolatki. Mając na względzie hossę rozpoczętą w 2002 roku można stawiać tezę, że podstawowy indeks WIG osiągnie w 2012 roku wartość ponad 240 000 punktów. Wzrost wynikałby z prostego utrzymania trendu. Optymizm takiego scenariusza zachęca de szukania potwierdzenia w podobnej - łopatologicznej analizie pozostałych wskaźników. Skopiowanie wyników pięciu lat to ponad 20-proc. wzrost PKB i prawie 30-proc. wzrost wynagrodzeń. Do 2012 roku stopy procentowe mogłyby zostać obniżone nawet do okolic 2,5 proc.Wszystko pięknie, ale ta sama metodyka prowadzi do wniosków równoległych. Inflacja wzrośnie do około 4 proc., znacznie przewyższając stopę referencyjną NBP. Spadnie bezrobocie, ale przy zatrudnieniu pozostającym na mało zmienionym poziomie. Zadłużenie zagraniczne (publiczne i prywatne) zaś osiągnie nawet 850 miliardów złotych. W tym samym czasie zadłużenie sektora finansów publicznych osiągnie ponad 700 miliardów złotych, czyli prawie 50 tysięcy złotych na każdego pracującego obywatela, o ile wcześniej nie ucieknie do Londynu.