Szkoda, że sierpniowy debiut nowego rynku przypadł w szczycie politycznej zawieruchy. W efekcie nawet w mediach gospodarczych nie miał takiego rozgłosu, na jaki zasługiwał. Nie co dzień przecież startuje system obrotu akcjami o potencjalnie nieograniczonym zasięgu. W Polsce na coś takiego zdecydowano się wcześniej tylko dwa razy - uruchamiając Giełdę Papierów Wartościowych, a potem Centralną Tabelę Ofert (CeTO, aktualnie MTS-CeTO). Utworzony przez GPW NewConnect jest trzecią, bardzo ważną, próbą poszerzenia i pogłębienia naszego rynku kapitałowego.
Dynamiczny rozwój warszawskiej giełdy w ostatnim czasie - mam na myśli m.in. wzrost kapitalizacji, dużą liczbę ofert publicznych czy debiutów - sprawił, że inne instytucje tworzące infrastrukturę rynku w Polsce znalazły się w cieniu. Dotyczy to np. Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych, czy właśnie MTS-CeTO.
Ale wątek CeTO przewijał się ostatnio na łamach "Parkietu" - i w artykule prezesa giełdy Ludwika Sobolewskiego, i w artykule, w którym głos zabrał prezes MTS-CeTO Janusz Czarzasty. Zanim jednak do tego przejdę, zatrzymam się przy NewConnect.
Stary pomysł w nowej szacie
Przed laty w broszurze o zasadach wprowadzania spółek na rynek pozagiełdowy (czyli na CeTO) pisałem z przekonaniem, że projekt - będący oddolną inicjatywą środowiska maklerskiego i bankowego - ma sens. Pomysł, by nawet małe, w tym dopiero powstające, spółki mogły pozyskiwać kapitał od inwestorów, jest przecież godny uznania (kto zaprzeczy, że efektywna i sprawna alokacja kapitału jest fundamentem dynamicznej gospodarki?) i wciąż stanowi poważny atut podobnych przedsięwzięć. Zwłaszcza że chodziło - przynajmniej w teorii - o innowacyjne przedsiębiorstwa, które mogą wystawić "na sprzedaż" dobry biznesowy pomysł, obiecując niezłe zyski w zamian jednak za większe ryzyko. O tym, że pomysł jest dobry, przekonują liczne zagraniczne przykłady. O tym, że żyje w świadomości uczestników naszego rynku, świadczy oczywiście utworzenie NewConnect przez GPW.