Mamy już jesień i rząd - jak co roku o tej porze - przyjmuje projekt budżetu na przyszły rok. I tak jak co roku projekt wywołuje falę narzekań, krytyki i ostrzeżeń. A to, że nie ma reformy; a to, że przejada się owoce wzrostu; a to, że wchodzimy na ścieżkę wiodącą do "scenariusza węgierskiego"... Tylko że tak naprawdę powyższe fiskalne utyskiwania (niezależnie od ich merytorycznej zasadności) są równie celowe jak pretensje do ptaków, że nie chcą tu zostać na zimę, czy też obrażanie się na liście, że nie chcą dłużej zostać zielone.
Tendencje do rozdawnictwa publicznych pieniędzy preferowanym grupom społecznym są immanentną cechą polityki fiskalnej. Szczególnie w roku wyborczym. Fiskalna teoria cyklu koniunkturalnego (mówiąca o przedwyborczym hedonizmie budżetowym i powyborczym zaciskaniu pasa) zarysowała się mocniej w zachodniej myśli ekonomicznej w latach siedemdziesiątych. Oznacza to, że zjawisko, o którym mówimy, nie jest ani nowe, ani ograniczone do naszego krajowego czy regionalnego podwórka.
Winston Churchill powiedział kiedyś, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu. Stwierdzenie to można z łatwością rozciągnąć na politykę fiskalną. Prawie zawsze grzeszy rozdawnictwem, rzadko przejawia reformatorskie zapędy, ale taki właśnie jest jej urok. Tym bardziej że do tej pory nikt nic lepszego nie wymyślił. Zarysowane powyżej tendencje fiskalne znajdują zresztą potwierdzenie w dotychczasowych doświadczeniach polskiej gospodarki. Lata prosperity były zwykle okresem beztroski, czas reform nadchodził, gdy było to niezbędną koniecznością. Zaś rok wyborów oznaczał, że rządzący nagle wykazywali zwiększoną finansową troskę o wyborców. Schemat taki jest równie trwałym elementem naszej rzeczywistości jak to, że po lecie przychodzi jesień, zaś po jesieni zima. Nic więc dziwnego, że wszystkie coroczne utyskiwania na kolejne ustawy budżetowe były ni mniej, ni więcej tylko głosami wołających na puszczy, których nikt nie słuchał i które nie przynosiły żadnego wymiernego efektu.
I nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta miała się w najbliższym czasie zmienić. Oznacza to, że rady, by ograniczyć budżetowe rozdawnictwo, przejadanie owoców wzrostu czy też zapobiec krokom w kierunku "węgierskiego scenariusza" można potraktować równie poważnie jak wiarę w świętego Mikołaja, wróżkę Zębuszkę czy złotą rybkę.
Chociaż nie do końca. Przewrotnie bowiem rzecz ujmując to, że przyszłoroczny budżet przybliża nas do "scenariusza węgierskiego", oznacza również, że przybliża nas do solidnej reformy finansów publicznych. Bo jak w gospodarce rzeczywiście zacznie dziać się źle, to z budżetem trzeba będzie zrobić to, co wymusi okrutna rzeczywistość. Jak wiewiórka nie nazbierała zapasów na zimę, to musi potem nieźle zacisnąć pasa. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że zima jest jeszcze daleko. Czego sobie i państwu życzę.