Zwyżką cen ropy naftowej o ponad 2 USD,
do 90,4 USD za baryłkę, zareagowali inwestorzy
w Nowym Jorku na pozostawienie bez zmian kwot produkcyjnych surowca przez kartel OPEC. Chociaż argumentacja przedstawicieli OPEC jest znana - ropy jest na rynku wystarczająco dużo, a niedawne rekordy cenowe zostały wywołane przez spekulantów
- to jednak wielu graczy miało cichą nadzieję, że Arabia Saudyjska i inne kraje ugną się pod presją (głównie) Stanów Zjednoczonych i zdecydują się podnieść limity wydobycia podczas szczytu w Abu Zabi. Tak się nie stało. Najbliższy moment na taką decyzję nadarzy się dopiero 1 lutego, kiedy ministrowie państw kartelu zbiorą się na szczycie
w Wiedniu. W ciągu tych kilku tygodni znów może więc nastąpić atak na poziom 100 USD za baryłkę. Zwłaszcza jeśli napłyną lepsze wieści z amerykańskiej gospodarki, konsumującej jedną czwartą światowej ropy, które oddalą wizję wystąpienia tam recesji. Scenariusz może zrealizować się także pod warunkiem nagłego ataku zimy w północnej części USA i w Europie. Zwiększyłoby to popyt na paliwa grzewcze. Amerykańskie zapasy ropy spadają