Ostatnie dwie sesje przyniosły pewien powrót do normalności po niedawnych szalonych wahaniach. Pomijając wyciszenie brazylijskich emocji, rynki wstrzymywały się w oczekiwaniu na potencjalne istotne wiadomości. U nas czekano na ewentualną kolejną obniżkę stóp przez RPP. Czekali też inwestorzy za oceanem: przed kongresem występować miał szef Fed; spodziewano się też kolejnej fali raportów o zyskach spółek.Rodzi to podejrzenie, że obserwowane uspokojenie nastrojów było tylko krótkim przerywnikiem, związanym ze wspomnianym wyczekiwaniem. Na ich potwierdzenie przywołać można choćby statystyczną korelację, zgodnie z którą duże wahania zapowiadają dłuższy okres podwyższonej chwiejności rynku. Także zdroworozsądkowo patrząc, wątpliwe wydaje się, czy wydarzenia, które ostatnio tę chwiejność wywołały, zostały już aby przez rynki całkowicie przetrawione. Odnośnie do naszej giełdy, zauważyć wreszcie można, że - mimo zmniejszenia wartości wahań - nie spadła od zeszłego tygodnia jej aktywność wyrażona wysokimi obrotami czy liczbą zleceń. Obrazowo ujmując: erupcja ustała, ale wulkan wciąż dymi.Nie sposób wprawdzie, moim zdaniem, wyrokować, co z jego ewentualnego przebudzenia wyniknie (po fakcie znajdą się z pewnością niepodważalne uzasadnienia), jednak sam stwierdzony fakt podwyższonej wciąż zmienności ma duże znaczenie. Pogarsza on np. portfelowe relacje zysku do ryzyka. Istnieją wręcz systemy transakcyjne, które nakazują w takiej sytuacji wyjść z rynku. Nie będąc aż tak radykalnym sądzę, że najgorsze, co można chyba teraz zrobić, to starać się nadążyć za rynkiem, goniąc tam i z powrotem wraz z każdym jego ruchem i każdą pojawiającą się informacją. Grozi to, jeśli nie zwielokrotnieniem strat, to na pewno ciężką nerwicą.
.