Okiem spekulanta
W ostatnim tygodniu praktycznie w każdym komentarzu rynkowym można było przeczytać coś o amerykańskich stopach procentowych i ich wpływie na koniunkturę na Wall Street. A to, że Greenspan podwyższy i Dow Jones - a wraz z nim WIG - spadnie, a to, że jesteśmy na tyle silni, by zniżki za Atlantykiem przetrzymać bez większych strat.Generalnie długoterminowe trendy na rynku akcji i stóp procentowych są przeciwne: zniżkujące stopy procentowe sprzyjają hossie, ich wzrost zaś oznacza najczęściej spadek cen akcji. Na rynku amerykańskim zasada ta sprawdza się bardzo dobrze - od wielu lat stopy procentowe są regularnie obniżane, czemu towarzyszy trend wzrostowy na rynku akcji. W przypadku pojedynczej podwyżki oprocentowania lokat i kredytów nie można mówić o zmianie trendu długoterminowego. Dlatego, przynajmniej na razie, hossie na Wall Street ze strony Alana Greenspana nic nie powinno zagrażać. Jak pisze w swojej książce "Międzyrynkowa analiza techniczna" John J. Murphy, w Stanach Zjednoczonych sprawdza się zasada "trzy kroki i krach". Zatem dopiero ewentualna trzecia kolejna podwyżka stóp procentowych powinna oznaczać załamanie trendu wzrostowego na giełdzie. W ostatnich osiemdziesięciu latach Zarząd Rezerwy Federalnej czynił tak 12 razy i za każdy razem powodowało to bessę. Nie byłbym zdziwiony, gdyby tym razem podniesienie oprocentowania, jeśli w ogóle do niego dojdzie, przyczyniło się do wzrostu kursów na Wall Street. Już od trzech tygodni Dow Jones znajduje się bowiem w korekcie średnioterminowego trendu wzrostowego, a jednym z powodów może być dyskontowanie przyszłej zmiany stóp procentowych. Żeby nie być źle zrozumianym - trzykrotne podwyższenie stóp nie jest warunkiem koniecznym wystąpienia bessy, bo ceny akcji mogą maleć także z tysiąca całkiem innych powodów.Na początku tygodnia wielu komentatorów podkreślało siłę polskiego rynku, który, - choć, ich zdaniem, silnie skorelowany z Dow Jonesem - spadał mniej niż giełda na Wall Street. Jednak po piątkowych notowaniach okazało się, że to właśnie WIG więcej stracił na wartości. Tym samym utrzymana została niekorzystna tendencja, którą można zaobserwować od lipca zeszłego roku. Polega ona mniej więcej na tym, że w przypadku znaczącego wzrostu na Wall Street nasz rynek również zwyżkuje - tylko mniej, za to gdy kursy za Atlantykiem zdecydowanie spadają - u nas obniżka cen ma jeszcze większą skalę. Zresztą uwaga ta nie dotyczy tylko giełdy w Warszawie, ale właściwie wszystkich rynków europejskich. Tylko londyński FT-SE 100 nie dość, że porusza się w tych samych trendach co Dow Jones, to jeszcze skale spadków i wzrostów na obu parkietach są mniej więcej takie same. Tak jednak zawsze być nie musi, przynajmniej w przypadku naszego rynku, bo jego związek z czołowymi giełdami świata nie zawsze był tak ścisły jak teraz. Przecież cały 1997 rok upłynął na czołowych giełdach pod znakiem byka, tymczasem w Warszawie dominował trend spadkowy. Od kiedy w lutym 1997 roku WIG osiągnął szczyt na wysokości 18 339 pkt., inne indeksy były w stanie zyskać jeszcze po kilkadziesiąt procent, zanim w lipcu ubiegłego roku kontrolę nad światowymi giełdami przejęły niedźwiedzie.W krótkiej historii naszego rynku przekonaliśmy się już o jednym: dobra koniunktura na zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych nie przekłada się automatycznie na hossę w Warszawie. Ciekawe, czy może być na odwrót: u nas długoterminowy trend wzrostowy, a za granicą spadkowy? O tym nie mieliśmy jeszcze szansy się przekonać, bowiem od kiedy w kwietniu 1991 r. wznowiła działalność stołeczna giełda, na większości czołowych rynków świata w długim terminie rządzą byki.
TOMASZ JÓŹWIK