Powtarzające się protesty różnych grup zawodowych mają dwie cechy wspólne. Wszelkie przejawy niezadowolenia przekształcają się natychmiast w radykalne formy, co wynika z wiary w skuteczność jak i bezkarność takich czynów. Protesty cieszą się też szerokim poparciem społecznym, które z jednej strony paraliżuje działania rządu, a z drugiej świadczy o rewindykacyjnej postawie dużej części społeczeństwa wobec budżetu państwa.Reakcja taka stanowi pewne zaskoczenie, ponieważ spodziewać by się można większej podatkowej świadomości obywateli po szóstym roku wypełniania PIT-ów. Polska jest jednym z krajów o najwyższym udziale redystrybucji środków budżetowych w stosunku do PKB. Przesunięcie środków z budżetu centralnego do budżetów lokalnych poprawi, mam nadzieję, efektywność ich wydatkowania, ale w sumie udział szerokiego sektora rządowego pozostaje taki sam. Pamiętajmy również o tym, że przeciętny Polak pracuje ponad pół roku na różne podatki. Jeśli prawie wszyscy chcą więc wspomóc protestujących nieustannie rolników, czasami górników, okazjonalnie pielęgniarki, położne i lekarzy różnych specjalizacji, a niedługo pewnie i nauczycieli, to nic prostszego jak zaproponować podwyżkę, a nie obniżkę podatków. W imię solidarności z protestującymi, nie powinno być problemów z zebraniem odpowiedniej kwoty na wypłaty wyższych pensji, czy podniesienie cen skupu. Dostanie się też coś i niezadowolonym emerytom, organizującym się w wysoce rewindykacyjne ugrupowania. Stosunek średniej emerytury do średniej płacy w Polsce wynosi około 60% i jest najwyższy w świecie!Powszechna chęć partycypacji we wzroście gospodarczym, generowanym przez nie tak licznych efektywnie pracujących, oznacza również preferowanie bieżącej konsumpcji, a nie oszczędzania. Już raz w latach 70-tych skonsumowane zostały zarobki przyszłych pokoleń Polaków, a zadłużenie z tego tytułu wynosi obecnie około 1000 USD na głowę każdego obywatela. Przy dynamicznym wzroście gospodarczym, który miał miejsce w ciągu ostatnich kilku lat nie jest to problemem. Co stałoby się jednak, gdyby wzrost ten osłabł w sposób trwały? Wyczerpanie prostych rezerw wzrostu w okresie rządów koalicji SLD-PSL i nieprzeprowadzenie nawet jednej reformy oraz rozbuchanie konsumpcyjne postawiło obecną koalicję wobec alternatywy: albo kontynuacja dzielenia coraz krótszej kołdry budżetowej, albo głębokie reformy sektora publicznego. Wybór pierwszy został przetestowany na Węgrzech kryzysem budżetowym w 1995 r. Pozostawały więc reformy i protesty reformowanych. Protestujące obecnie grupy zawodowe reprezentują trzy nurty: prywatni rolnicy niezadowoleni z gospodarki rynkowej, przedstawiciele przedsiębiorstw opóźnionych w procesie prywatyzacji bądź restrukturyzacji, wreszcie pracownicy sfery budżetowej niezadowoleni z wprowadzanych reform. O ile w przypadku pierwszych dwóch nurtów lepsze zarządzanie na szczeblu mikroekonomicznym mogło dać efekty i osłabić skalę protestów, to takie działania w przypadku sektora budżetowego są nieskuteczne. Decydują o tym oczekiwania co do pogorszenia "komfortu" pracy, gdy wynagrodzenie zacznie odzwierciedlać faktyczny poziom wydajności.Na koniec warto zastanowić się, jaką rolę powinny wypełniać związki zawodowe. Polskiej gospodarki nie stać na wyłącznie roszczeniowy charakter ich funkcjonowania i negocjacje płacowe na poziomie centralnym. W normalnych gospodarkach rynkowych związki zawodowe są gwarantem wypełnienia określonych zobowiązań, np. wzrostu wydajności pracy. Temu służy zajmowanie przez związkowców miejsc w radach nadzorczych firm. Dlatego też łatwo określić prawny status protestu pracowników. Jeśli jest on nielegalny, rozwiązuje się go legalnymi środkami przymusu bezpośredniego. W innym przypadku postępująca anarchizacja życia społecznego jest w stanie doprowadzić do bankructwa nie tylko rząd, ale i kraj. Zwłaszcza tak biedny jak Polska.
RAFAŁ ANTCZAK
Fundacja CASE