Tydzień w gospodarce
Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie podejmie dzisiaj od dawna oczekiwaną decyzję o obniżeniu stopy rezerwy obowiązkowej średnio z 11 do 5 proc. Warunkiem było podpisanie przez wszystkie banki komercyjne porozumienia o zakupie niezbywalnych obligacji 10-letnich, oprocentowanych według stopy inflacji, a więc znacznie poniżej stopy rynkowej. Najdłużej zwlekał PKO BP, czemu trudno się dziwić. Blisko połowa rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych (blisko 3,4 miliona), to rachunki w tym właśnie banku. Dlaczego ma on mieć mniejszą swobodę obracania ulokowanymi w nim pieniędzmi niż inne banki wchodzące dopiero na rynek? Dlaczego zmusza się go do zakupu obligacji oprocentowanych dwukrotnie niżej od papierów rządowych? Podpisał, bo gdyby nie podpisał, to zarówno PKO BP, jak wszystkie pozostałe banki komercyjne nie mogłyby we wrześniu liczyć na odzyskanie ok. 11 mld zł z ok. 20 mld zł nie oprocentowanej rezerwy obowiązkowej, którą muszą odprowadzić na rachunek NBP.Jak i dlaczego doszło do powstania w Polsce wyjątkowo wysokiej stopy rezerwy obowiązkowej? Zwiększona fala inwestycji zagranicznych w Polsce w latach 1994-1995 - wynika z wyjaśnień Ryszarda Kokoszczyńskiego, wiceprezesa NBP - postawiła bank centralny przed dylematem, czy dopuścić do większej realnej aprecjacji złotego, czy hamować ten proces. Zdecydowano się na umiarkowane hamowanie, bo jak wiadomo złoty realnie znacznie się wzmocnił. Koszt umiarkowanego hamowania okazał się zupełnie nieumiarkowany. Sterylizując rynek pieniężny z nadpłynności, spowodowanej zakupem dewiz, bank centralny zadłużył się w bankach komercyjnych w końcu ub.r. na ponad 40 mld zł. Wysoka stopa procentowa od tego długu powoduje, że NBP faktycznie subsydiuje gospodarkę i budżet za pośrednictwem banków komercyjnych. Ustalając wysoką rezerwę obowiązkową bank centralny próbował odebrać bankom komercyjnym część z tego, co zyskały na sterylizacji.Od ponad dwóch lat trwały negocjacje między NBP a MF, których celem było doprowadzenie do konwersji nie oprocentowanego zadłużenia budżetu państwa w banku centralnym (ok. 14 mld zł) na dług oprocentowany i częściowo upłynniony, taki właśnie, który mógłby zostać sprzedany bankom komercyjnym w postaci 10-letnich obligacji. NBP nosi się przy tym z zamiarem równoległego wyemitowania własnych papierów o takiej wartości, żeby zneutralizować nadpłynność spowodowaną zarówno dotychczasowymi kosztami sterylizacji, jak i redukcją rezerwy obowiązkowej.Transakcja jest wiązana i prawdopodobnie zostaniemy poinformowani o jej dalszych elementach składowych. W toku jednej z ostatnich rund negocjacji NBP uznał, że banki komercyjne nie będą obciążone obowiązkiem tworzenia rezerw celowych w związku z zakupem nisko oprocentowanych obligacji 10-letnich. Gdyby banki komercyjne kupiły je za całą kwotę uwolnioną dzięki obniżeniu stopy rezerw obowiązkowych, to zysk dla banków komercyjnych z oprocentowania obligacji wyniósłby w IV kw. ok. 0,2 mld zł, a w roku przyszłym ok. 0,6-0,7 mld zł. Wyraziłoby się to prawdopodobnie w niewielkim obniżeniu oprocentowania kredytu.Czy RPP i NBP nie są przesadnie ostrożne? Czy w dążeniu do uniknięcia ewentualnych ujemnych następstw swojej decyzji nie gubią szansy, którą mogłaby ona stworzyć, jeśli doszłoby do bardziej zdecydowanego uaktywnienia pieniędzy pochodzących z redukowanej stopy rezerw obowiązkowych? Namawiając do tego władzę monetarną należałoby mieć jednak wystarczającą pewność, że uaktywniony pieniądz nie będzie wykorzystywany do subsydiowania nieefektywnych dziedzin gospodarki i usług publicznych. Spodziewana dziś decyzja RPP jest małym krokiem naprzód. Może za małym. Ale poczekajmy, Ważny jest kierunek. Pieniądz może być aktywizowany za pomocą różnych metod.
MAREK MISIAK